Można próbować być za wszelką cenę z boku, uciekać od tego, co popularne, wyszukiwać gdzieś na poboczach i marginesach. Można. Ale w tym tygodniu nie mogło być tu utworu innego zespołu.
REKLAMA
Bałem się tej płyty potwornie. Tak jak chyba zawsze trochę boję się płyt zespołów dla mnie ważnych, zespołów, których wcześniejsze płyty powiedziały mi coś tak ważnego, że do dziś nie mogę ich zapomnieć. I chyba zawsze nastawiam się bardzo źle, nastawiam się na najgorsze, nastawiam się na to, że tym razem nie usłyszę już nic, co mnie poruszy. Tak było i tym razem. Starałem się za wszelką cenę nie zauważać atmosfery napięcia, która rosła niemal z każdym tygodniem od momentu, kiedy tylko było jasne, że ta płyta - czwarty album zespołu Arcade Fire - ma się już niedługo ukazać. Starałem się nie poddawać temu śrubowaniu oczekiwań, temu robieniu sobie nadziei, temu odliczaniu kolejnych dni do premiery, znaczonych ujawnianymi fragmentami płyty, występami w telewizji, pseudo-tajnymi koncertami pod udawanymi nazwami, o których i tak wszyscy wiedzieli, że to chodzi tylko i wyłącznie o ten zespół.
A potem znowu było tak, jak w przypadku „The Suburbs”, poprzedniego albumu tej grupy. Że pierwszy raz słuchałem ich obu z wielką rezerwą, bez żadnych oczekiwań i bez żadnych nadziei. I tak jak w przypadku „The Suburbs” okazało się, że ten album potrzebuje trochę czasu, kilku przesłuchań, kilku momentów spokoju, żeby dotrzeć do wszystkich jego niuansów, przebić się przez wszystkie jego warstwy. I tak jak w przypadku tamtej płyty okazało się, jak bardzo warto, jak bardzo wiele jest do odkrycia.
Bo to płyta - w przypadku tego zespołu takie słowa bynajmniej nie są na wyrost i nie są żadną przesadą - genialna. Pod wieloma względami. Swojej wszechstronności, swojej odwagi w łączeniu pozornie nie mających ze sobą nic wspólnego, nie pasujących do siebie za nic elementów, pod względem płynnego przechodzenia z jednego nastroju do innego, z jednej sfery emocjonalnej do sfery zupełnie innej, pod względem łączenia ładnych melodii z brudnym brzmieniem, albo zupełnie odwrotnie - pomysł, żeby do współpracy przy produkcji tego materiału, zatrudnić Jamesa Murphy'ego, swego czasu lidera zespołu LCD Soundsystem, który z początku mógł się wydawać zawrotny, koniec końców przyniósł absolutnie rewelacyjne rezultaty.
To płyta, za sprawą której Kanadyjczycy przenieśli się z miejsca na zupełnie inny poziom. Przestali już być genialnym zespołem alternatywnym, który z powodzeniem przesuwał granice tej stylistyki, z powodzeniem ustanawiał nowy jej kanon, zaczęli być zespołem, którego nie można już zamykać w ciasnym pudełku sceny alternatywnej, którego nie można wciąż traktować jako może i wybitnych, ale jednak marginalnych muzyków, reprezentujących marginalne środowisko, znanych tylko marginalnej grupie słuchaczy. To już nie jest ta sytuacja sprzed trzech lat, kiedy muzycy odbierali najważniejsze nagrody muzyczne, a duża część muzycznego świata zadawała sobie bezradnie pytanie: „kim są ci ludzie?”. Dziś już nie można sobie na to pozwolić. Dziś ten zespół jest na to zdecydowanie za ważny. Dziś trzeba go stawiać na jednym poziomie z klasykami współczesnej sceny muzycznej.
Bo to płyta, która z miejsca trafia do kanonu, z miejsca staje się kamieniem milowym w rozwoju współczesnej muzyki. Nie można jej nie znać.
