Niby takich zespołów są setki. Niby nie różni się on za bardzo od innych. A jednak w piosenkach tej międzynarodowej czwórki muzyków jest coś, co każe do nich wracać.

REKLAMA
To dziś jeden z najpopularniejszych gatunków na scenie alternatywnej - gatunek, który z jednej strony czerpie bardzo mocno z tradycyjnego indie rocka z lat dziewięćdziesiątych, ze szczególnym wskazaniem na twórczość grupy Dinosaur Jr., z drugiej - bardzo konsekwentnie i w oryginalny sposób odświeża tradycję muzyki zwanej shoegaze, która swoją klasyczną postać zyskała dekadę wcześniej, przede wszystkim za sprawą formacji My Bloody Valentine i jej niezliczonych naśladowców.
Dzisiejszy powrót do takiego grania, dzięki któremu na scenie alternatywnej znów mocno liczą się gitary, odstawiane przecież ostatnio coraz bardziej na bok, za piętrzące się na scenie w coraz większych ilościach instrumenty elektroniczne i urządzenia do kreowania syntetycznych dźwięków, widoczny jest bardzo wyraźnie po obu stronach Atlantyku. W Stanach znakomicie radzą sobie zarówno zespoły, które akcent stawiają bardziej na tradycji shoegaze'owej i mają wyraźnie słyszalną ambicję robienia powalającego gitarowego hałasu, takie jak np. świetnie znane w Polsce za sprawą wielu koncertów nowojorskie trio A Place To Bury Strangers albo takie zespoły jak: Ringo Deathstarr, Weekend, Whirr czy Nothing.
Świetnie ma się także ta część tego środowiska, której bliżej raczej do tradycji ładnych piosenek, ukrytych pod grubą warstwą brudnych gitarowych ścieżek - takie zespoły jak California X czy Ovlov przyciągają coraz większą ilość słuchaczy i chyba tylko za sprawą tego, niezwykle przecież ważnego z czysto programowych pobudek, brzmieniowego brudu, nie przebijające się do szerszej publiczności.
Taki pomysł na granie z powodzeniem stosuje też coraz więcej zespołów brytyjskich. Swego rodzaju prekursorem tego renesansu takiej muzyki na Wyspach Brytyjskich był oczywiście kwartet Yuck, który dziś ze sporym powodzeniem powraca na scenę po potężnym kryzysie i utracie jednego z czołowych członków. Za tymi muzykami poszli oczywiście inni i dziś scena brytyjska może się pochwalić co najmniej kilkoma zespołami, które znakomicie radzą sobie z odnawianiem indie rockowej tradycji sprzed kilku dekad. Oto jeden z nich.
Choć pisanie o Cheatahs jako o zespole brytyjskim jest w sumie sporym nadużyciem - każdy z czterech członków grupy pochodzi z innej części świata, a Brytania stała się dla nich drugim domem. Grają ze sobą bardzo krótko, opublikowali w sumie tylko kilka nagrań, udało im się już jednak zainteresować swoimi poczynaniami sporą liczbę słuchaczy. Nic dziwnego - ich piosenki są tak przebojowe, że nie sposób nie zwrócić na nie uwagi, są tak chwytliwe, że nie sposób dać im się uwieść.
Muzycy najwyraźniej postanowili iść drogą, która niedawno zaprowadziła grupę Savages na szczyt zainteresowania alternatywnej publiczności: najpierw dać się poznać jako sprawny i porywający zespół koncertowy, a dopiero potem zaprezentować światu swoje pomysły w formie pełnowymiarowego płytowego debiutu. Udało im się już zjechać całe Stany Zjednoczone u boku zespołów Wavves i Fidlar, teraz z kolei objeżdżają Europę, otwierając koncerty zespołu Metz. W ramach tej wycieczki zawitają także do Polski. I warto nie przegapić tej pierwszej i - oby! - nie ostatniej okazji, żeby zobaczyć ten zespół na żywo.