Kiedy przyjeżdżali do Nowego Jorku już się o nich mówiło, wyjechali z tego miasta jako prawdziwa wschodząca gwiazda. Tak właśnie działa festiwal CMJ, którego w tym roku okazali się objawieniem.
REKLAMA
To jest właśnie prawdziwy sens tego festiwalu - taki jest zresztą sens kilku innych podobnych festiwali showcase’owych, podczas których młode, zupełnie nieznane zespoły mają pierwszą okazję pokazać się szerszej publiczności. Na dodatek jest to publiczność składająca się w dużej części z przedstawicieli branży muzycznej, czyli tych osób, od których zależy przyszłość danego wykonawcy i to, czy uda mu się wypłynąć i zrobić karierę. Jeśli uda mu się wypaść dobrze, jeśli uda mu się zwrócić na siebie uwagę, to może być pierwszy krok do sukcesu, krok czasem iście milowy. I tak było w tym roku w przypadku zespołu Joanna Gruesome.
Wtajemniczeni mówili o nim już na kilka tygodni przed festiwalem, kiedy grupa zaczęła publikować swoje pierwsze nagrania: single, a potem całą debiutancką płytę długogrającą. Plotki, że oto w Walii, która nigdy nie była jakimś specjalnie płodnym fragmentem Wielkiej Brytanii, jeśli chodzi o ciekawe zespoły, ale od czasu do czasu przypominała światu o sobie, wypuszczając jakaś zwracającą na siebie uwagę formację, wyprzedziły nowojorską wizytę tej piątki muzyków, podobnie jak bardzo pozytywne pierwsze recenzje płyty. Bo rzeczywiście materiał studyjny przygotowany przez tych artystów robi nader pozytywne wrażenie: jest świeży, gówniarski i bezczelny. Jest taki, że aż się chce sprawdzić, jak ta grupa wypada na żywo, na ile uda się jej zachować tę energię, ten entuzjazm, tę dzikość, którą słychać niemal w każdej minucie tej płyty.
Walijczycy przyjechali więc do Nowego Jorku na CMJ z potężnym handicapem w postaci bardzo pozytywnych opinii, mając z miejsca zapewnioną uwagę publiczności. Nic więc dziwnego, że popłynęli na tej fali i zagrali w ciągu pięciu festiwalowych dni około tuzina koncertów - ich występ chciał mieć w programie swojego showcase’u każdy indie rockowy blog, każda licząca się agencja koncertowa, każdy klub. Udało mi się zobaczyć dwa z nich: jeden na samym początku, jeden - na samym końcu festiwalu. W zasadzie był to ostatni zespół, jaki widziałem podczas tegorocznego CMJ.
Podczas pierwszego koncertu było widać skupienie, mobilizację, lekki niepokój, czy się uda, jak wyjdzie, jak się wypadnie. Na szczęście nie były na tyle silne, żeby sparaliżować tych młodych muzyków - słowo „młodzi” w tym przypadku wydaje się zresztą mocnym przeszacowaniem: to są naprawdę dzieciaki, nastolatki, które ledwo dorosły do trzymania swoich instrumentów. Z każdym utworem, widząc wśród widzów wielkie zainteresowanie - to słowo też wydaje się nie do końca adekwatne: to był raczej prawdziwy amok, zadziwiający zwłaszcza, że pora była nader wczesna, w zasadzie dopiero minęło południe - muzycy rozkręcali się coraz bardziej, a na sam koniec koncertu, trójka gitarzystów zeskoczyła ze sceny i zagrała ostatni utwór obijając się o widzów - prosty gest, który od razu zmniejsza dystans, od razu przysparza zespołowi sporą ilość punktów.
Drugi koncert był zupełnie inny. Minęło zaledwie pięć dni, a na scenie stanęli artyści, którzy przez ten czas przesunęli się o kilka poziomów w górę. To było niemal niewiarygodne, ile dojrzałości, ile pewności, ile scenicznej swobody nabrali ci muzycy w tym czasie, jak dużo dało im tych kilka nowojorskich koncertów, kilka spotkań z wymagającą publicznością z tego miasta. I nie przeszkadzały im nawet problemy techniczne, a raczej - prawdziwa lawina katastrof, która spadła na nich tego wieczoru: dość powiedzieć, że podczas tego koncertu spaliły się... cztery piece gitarowe, jeden po drugim. A więc co prawda po każdym utworze muzycy musieli robić przerwę, żeby walczyć ze sprzętem, ale ani im, ani tym bardziej publiczności, w żadnym stopniu to nie przeszkadzało. To był znakomity koncert, który pokazał, że oto na scenie alternatywnej pojawił się kolejny zespół, na który warto zwrócić uwagę.
