Kolejna znakomita płyta z piosenkami porażającymi szczerością, a zarazem zachwycającymi połączeniem ostrości z delikatnością. Kolejny koncert w Polsce. Jak można na nim nie być?

REKLAMA
Kariera tego zespołu to historia dość niezwykła nawet zważywszy na to, jak dziwne procesy zachodzą dziś na scenie muzycznej i jak bardzo różne strategie w kwestii zdobycia popularności, a przynajmniej - zainteresowania, stosowane są przez wykonawców reprezentujących najróżniejsze gatunki i estetyki.
Nawet jeśli te kategorie dziś przestają już znaczyć cokolwiek i nie mają wiele wspólnego z tym, co znaczyły kiedyś, ci artyści - piątka młodych muzyków z Kalifornii - od samego początku swojej działalności zawieszeni są gdzieś pomiędzy sceną niezależną, a zwyczajnym showbusinessem - a dokładniej z jego najbardziej alternatywną, choć przecież w gruncie rzeczy podlegającą dokładnie tym samym zasadom, mechanizmom i procesom, częścią. Zatarte dziś bardzo mocno granice między tymi środowiskami można próbować odtworzyć albo definiować poniekąd na nowo przede wszystkim przez pryzmat nastawienia artystów do tego, co robią - z jednej strony są ci, dla których granie muzyki staje się zawodem, dla innych zaś jest zabawą, fascynacją, pasją, z jednej strony tych, którzy zaczynają coraz bardziej polegać, a właściwie uzależniać się, od różnych wygodnych mechanizmów, z których mogą korzystać z tytułu bycia częścią tej części biznesu rozrywkowego, z drugiej - tych, którzy nadal wolą nie wiązać się jakimikolwiek układami z agentami, menedżerami i różnego rodzaju pośrednikami, zgodnie z duchem punkowej koncepcji „do it yourself” samodzielnie zajmując się większością spraw, związanych ze swoją działalnością muzyczną.
Muzycy Touche Amore wciąż są gdzieś pomiędzy - z jednej strony ich rosnąca z miesiąca na miesiąc popularność nie mogła nie zwrócić uwagi tych, którzy na scenie muzycznej rozgrywają i rozdzielają pieniądze. A więc zespołowi coraz częściej zdarza się występować na wielkich scenach - na razie u boku bardziej popularnych zespołów, ale pewnie lada moment sytuacja może się zmieni, już dziś wyraźnie bowiem widać, że Kalifornijczycy zaczynają przyciągać większą publiczność niż gwiazdy wieczoru. A więc grupa coraz częściej pojawia się w programach, już nie tylko punkowych, festiwali - na razie na najmniejszych scenach, ale to też może się niedługo zmienić. A z drugiej strony - ci muzycy nadal żyją i zachowują się jak przystało raczej na członków nikomu nieznanego punkowego zespołu niż na - nawet jeśli dopiero wschodzące i aspirujące - gwiazdy. Czasem chodzi o zupełne drobiazgi - po koncercie nie chowają się w garderobie, nie budują wokół siebie otoczki niedostępnych, wyjątkowych, świętych, wręcz przeciwnie: schodzą ze sceny i razem ze swoimi wielbicielami idą do baru i siadają przy stoliku, przypominając tym samym, że na scenie punkowej nigdy nie było żadnej bariery między zespołami a publicznością, nikt nie mógł czuć się lepszy tylko dlatego, że potrafił zagrać kilka dźwięków na gitarze.
Wygląda więc na to, że rosnąca popularność zupełnie nie pasuje do tego zespołu, jest czymś, co na razie jeszcze może cieszyć, ale za moment może się równie dobrze stać nieznośną udręką. I tylko trochę w radzeniu sobie z jej nieprzyjemnymi aspektami może pomóc fakt, że w przeciwieństwie do wielu świeżo upieczonych gwiazd, o których wczoraj nikt jeszcze nie słyszał, a dziś są na ustach wszystkich, muzycy Touche Amore na swoją popularność pracują latami, a zdobywają ją bardzo powoli i stopniowo.
Kolejny stopień to wydanie najnowszej, trzeciej płyty długogrającej, krótkiego - jak wszystkie pozostałe - albumu „Is Survived By”. Tak jak wszystkie pozostałe wypełnionego wściekłą muzyką, ocieplaną co i rusz niemal lirycznymi fragmentami. Tak jak pozostałe pełnego tekstów o poziomie szczerości niemal dziś niespotykanym na scenie muzycznej. Tak jak pozostałe promowanego w najprostszy i najbardziej oczywisty sposób - niekończącymi się trasami koncertowymi po Ameryce i Europie. Kolejna z nich, szczęśliwie, zahacza także o Polskę. Tym razem - w przeciwieństwie do ubiegłego roku, kiedy zespół przyjechał do Polski aż na trzy dni i zagrał w Gdyni, Poznaniu i Warszawie - Amerykanie wpadają jak po ogień: zagrają tylko raz, w Warszawie. Ale jednego można być pewnym - to będzie naprawdę ogień. I zdecydowanie nie warto przegapić tej okazji, żeby zobaczyć ich na scenie.