Niby nic wielkiego, niby proste, bezpretensjonalne granie. Ale ileż w tym utworze nienachalnej przebojowości. I jak wiele kryje się za tą piosenką.
REKLAMA
To z pozoru tylko kolejny punkowy singel, jeden z setek, które co miesiąc pojawiają się w internecie, będąc niezliczonymi dowodami na to, ile na świecie jest młodych ludzi, którzy mają energię, entuzjazm i umiejętność przekucia ich w kilka, składających się w przebojową całość riffów, w dwie zwrotki i wpadający w ucho refren, w trzy minuty dynamicznego hałasu. Tylko z pozoru. Wystarczy bowiem chwilę poszperać, żeby dowiedzieć się, kto tak naprawdę stoi za tym zaraźliwie przebojowym singlem, za albumem, któremu dał on tytuł, za całym projektem o iście punkowej, bo przecież wyrażającej niezadowolenie ze świata i wszystkiego, cos się z nim łączy, nazwie Upset.
Bo to nie jest kolejny zwyczajny punkowy debiutant, kolejny młody zespół założony w garażu rodziców przez nastolatków z jakiegoś mikroskopijnego tak bardzo, że prawie nie istniejącego, miasteczka na amerykańskim pustkowiu. To coś zupełnie innego: to niezwykły projekt, w którym spotkały się dwie ważne dla amerykańskiej sceny alternatywnej artystki, dwie perkusistki, należące do zupełnie innych generacji, mających zupełnie inne doświadczenie życiowe i artystyczne, a jednak w jakimś sensie bliskie sobie i dzielące podobne podejście do grania muzyki.
To Ali Koehler i Patty Schemel. Ta pierwsza jest o wiele młodsza, a w ostatnich latach występowała w dwóch bardzo popularnych amerykańskich zespołach alternatywnych: Vivian Girls i Best Coast. Ta druga, starsza o co najmniej dwa pokolenia, jest sławna przede wszystkim za sprawą kilku lat występów w zespole Hole. Jest także bohaterką znakomitego filmu dokumentalnego „Hit So Hard”, opowiadającego zaskakującą w co najmniej kilku momentach, chwilami bardzo chwalebną, ale chwilami - potwornie smutną, historię jej życia. Można było o tym zresztą przeczytać w tym miejscu jakiś czas temu.
Schemel jest dziś aktywna przede wszystkim na polu zachęcania młodych dziewcząt do zajęcia się muzyką, do kanalizowania swoich emocji z gitarą albo innym instrumentem w ręku, do pisania piosenek zamiast samobójczych listów pożegnalnych, do zakładania zespołów, do grania głośnej muzyki i jeszcze głośniejszego mówienia, co im się nie podoba. Zespół Upset zdaje się być najlepszą reklamą tego typu sposobu reagowania na rzeczywistość - składający się z samych dziewcząt (jego skład uzupełnia jeszcze gitarzystka Jenn Prince, a płyta nie powstałaby, gdyby nie Kyle Gillbride, znana z zespołu Swearin’, która materiał wyprodukowała i gościnnie zaśpiewała w jednej z piosenek), grający niezadowolone piosenki z tekstami o tym, co się nie podoba dziewczętom, które w nim występują. Trudno sobie wyobrazić lepszy przykład dla wszystkich młodych dziewcząt, które Schemel uczy grać na organizowanych przez siebie warsztatach i letnich obozach.
Jest jeszcze jedna sprawa, o której Upset daje do myślenia - sprawa związana z rodzimą sceną muzyczną i sprawa raczej smutna. Bo trudno sobie wyobrazić, żeby w Polsce mógł powstać taki projekt: zespół złożony z kobiet, mających za sobą mocną kartę występów na scenie alternatywnej, mogących się na dodatek pochwalić zaufaniem i szacunkiem alternatywnej publiczności. Nie dość, że na polskiej scenie alternatywnej kobiet w ostatnim ćwierćwieczu było właściwie jak na lekarstwo - proporcje płciowe wśród polskich i amerykańskich muzyków są właściwie nieporównywalne, na dodatek te nieliczne, które miały ważki wpływ na to, jak rozwijała się polska scena, dziś zniknęły gdzieś zupełnie - nie są aktywne artystycznie, nie stanowią autorytetów i przykładów dla kolejnych pokoleń.
Czemu nie ma polskich odpowiedników Kim Deal, Kim Gordon, Kathleen Hanna i innych amerykańskich artystek, cieszących się wielkim zaufaniem i respektem, będących wzorem dla kilku już młodszych generacji? Najsmutniejsze jest to, że w zasadzie nigdy ich nie było. Bo dziewczyna w polskim zespole z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych z reguły była tylko dla ozdoby, tylko po to, żeby zaśpiewać coś tam w chórkach, jakiś tekst napisany przez kolegę z zespołu, żeby poruszać się z gracją na scenie, potańczyć, pograć co najwyżej na tamburynie. Tak było przez całe lata - z niewielkimi wyjątkami na scenie punkowej, na której mogły dojść do głosu tak świadome i dojrzałe artystki jak np. Nika, wokalistka zespołu Post Regiment - i tak właściwie jest do dziś. Nie ma w Polsce takich zespołów jak Upset, a za kolejnych dziesięć czy dwadzieścia lat nadal nie będzie polskich odpowiedników Patty Schemel.
