Drażnią, denerwują, mogą działać wręcz odstręczająco. Ale za to grają znakomitą muzykę. A ich płyta może być jednym z ciekawszych albumów pierwszych miesięcy nowego roku.

REKLAMA
To jeden z młodych angielskich zespołów, które nie idą wytartą już do cna ścieżką, intensywnie eksploatowaną przez swych rodaków - ścieżką stadionowego, prostego grania pod patronatem takich formacji jak Oasis, a przede wszystkim The Libertines, ścieżką, która w ostatnich latach już bardzo wiele grup zawiodła na kompletne artystyczne manowce, choć przysporzyła im wielkiej popularności, zwłaszcza wśród rodzimej, brytyjskiej publiczności.
W przypadku Eagulls sprawa wygląda zupełnie inaczej - choć korzenie twórczości tej formacji tkwią bardzo mocno w brytyjskiej tradycji, ale to tradycja zupełnie inna. To post-punkowe granie z mrocznej pod względem zarówno artystycznym, jak i społeczno-politycznym, a to przecież miało niemały wpływ na muzykę z tamtych czasów, połowę lat 80-tych. Brudne, niemal do granicy czytelności brzmienia gitar, proste, transowe rytmy, głos wokalisty sprawiający wrażenie, jakby ten zamknięty był w jakimś bunkrze, pod grubą warstwą ziemi - wydawało się, że czas takiej muzyki bezpowrotnie skończył się wraz z przełomem, który świat przeszedł na początku lat 90-tych, kiedy Zimna Wojna przestała być realnym zagrożeniem, ale zarazem - niezwykle skuteczną siłą napędową wielu gałęzi działalności artystycznej z muzyką na czele, a w tej ostatniej mógł już zapanować hedonizm i beztroska. Wydawało się, że zmiana, której symbolem było przejście od Joy Division do New Order, a jeszcze bardziej - przejęcie pałeczki przez zespoły w stylu Happy Mondays, będzie trwała i nieodwracalna. Ale jednak tamta muzyka powraca dziś z wielkim powodzeniem, nawet jeśli wyprana dziś ze swoich pierwotnych sensów, ze swoich dawnych znaczeń. Bo przecież coraz więcej jest dziś takich zespołów jak Eagulls, z powodzeniem odwołujących się do brzmień z końca lat 80-tych i początku następnej dekady, formacji przypominających na nowo klasyczne pomysły, leżące u podstaw takich gatunków jak m.in.: indie rock, shoegaze czy post punk.
Eagulls najbliżej do tej ostatniej estetyki: z ciężkimi i brudnymi gitarami, z magnetycznie uwodzącym rytmem, z czymś pomiędzy melancholią a desperacją, słyszalnym w każdym utworze. Spośród dzisiejszych zespołów, które odwołują się do tamtej stylistyki, Anglikom najbliżej chyba do tego, co prezentują na swoich płytach, równie młodzi jak oni, Szwedzi z grupy Holograms. Ci ostatni mają jednak dziś w dorobku już dwie płyty długogrające, muzycy Eagulls dopiero przymierzają się do wydania swojego debiutu - jego premiera została wstępnie zaplanowana na marzec 2014 roku. A zważywszy na kilka singli, które do tej pory opublikowali panowie z Leeds, może to być jedna z ciekawszych w swoim gatunku płyt pierwszych miesięcy przyszłego roku - już dawno w tej mrocznej estetyce nikt nie zaproponował grania tak przebojowego i na swój sposób przystępnego zarazem.
Miałem okazję widzieć muzyków Eagulls na koncercie. I to było dziwne, bardzo ambiwalentne uczucie - mieszanina podziwu i uwiedzenia z niechęcią i rezerwą. Te pierwsze emocje brały się oczywiście z bardzo ciekawej muzyki, te drugie - z bezlitośnie bucowatego wizerunku, o jaki zajadle brali młodzi Anglicy. Rzecz działa się podczas nowojorskiego festiwalu CMJ, gdzie na kilku koncertach grupy, które widziałem, sytuacja powtarzała się niemal jak mantra: właściwie wszyscy instrumentaliści zajęci byli swoimi instrumentami i zupełnie nie zwracali uwagi na publiczność, nawet nie próbując nawiązać z nią jakiegokolwiek kontaktu. Wokalista zaś, niezależnie od temperatury panującej na sali, zawsze wychodził na scenie w rozpiętej parce, z miną jednoznacznie wyrażającą wyższość, dumę i poczucie kompletnego, choć przecież zupełnie nie uzasadnionego niczym, niesmaku. Tak, to prawda, że taka postawa do takiej muzyki pasuje jak ulał, ale w żaden sposób nie ułatwiała dobrej zabawy na koncercie. Na szczęście piosenki Eagulls były wystarczająco wciągające, żeby patrzenie na zblazowanego wokalistę grupy nie bolało aż tak bardzo.