Jedna z najbardziej ciekawych osobowości szwedzkiej sceny alternatywnej, jedna z najciekawszych postaci, która wywodzi się ze sceny punkowej, powraca. W nader intrygującej odsłonie.

REKLAMA
Dennis Lyxzen byłby dziś prawdziwą legendą, gdyby nie to, że od kilku dekad bardzo konsekwentnie porusza się w granicach najróżniejszych muzycznych nisz, które łączy m.in. daleko idący dystans do budowania ołtarzy i tworzenia legend. Szwedzki muzyk wywodzi się ze środowiska punkowego, a dokładniej - z bardzo aktywnej przez wiele lat sceny w szwedzkim mieście Umea. Najważniejszym projektem, w którym brał udział w ciągu wielu lat swojej muzycznej aktywności, jest bez wątpienia zespół Refused. Grupa, która pojawiła się w latach dziewięćdziesiątych i na trwałe zmieniła scenę punkową - tytuł jej najważniejszej płyty: wizjonerskiego, na wskroś oryginalnego i bardzo inspirującego albumu „A Shape Of Punk To Come”, okazał się iście proroczy.
Rzeczywiście po jej wydaniu punk nie był już taki sam i wielu muzyków, którzy potem nagrywali swoje płyty, musiało wziąć pod uwagę pomysł na ten gatunek, zaproponowany przez kilku młodych Szwedów: z jednej strony mocno zaangażowany pod względem politycznym i społecznym, z drugiej - bezlitośnie ostry, choć zarazem zaskakująco eklektyczny pod względem muzycznym.
Po rozpadzie tego zespołu jego lider zaangażował się w inną grupę, która szybko zyskała ogromną - jeszcze większą niż Refused, bo grała muzykę dużo bardziej przyswajalną dla większej ilości słuchaczy - popularność. To The (International) Noise Conspiracy - zespół, który w spektakularny sposób łączył tradycję alternatywnego grania sprzed kilku dekad z zaskakująco kąśliwymi i inteligentnymi tekstami, krytykującymi współczesny świat.
Niedawno Lyxzen, po kilku poważnych rozmowach z dawnymi kolegami postanowił reaktywować zespół Refused, żeby zagrać kilkanaście znakomicie przyjętych koncertów na największych festiwalach świata. Dopiero dziś, kiedy scena alternatywna nauczyła się akceptować nieco mocniejsze granie, grupa mogła dotrzeć ze swoją - nadal, mimo upływu lat, brzmiącą na wskroś nowocześnie - muzyką do szerszego grona odbiorców. A że wokalista uznał, że warto powiedzieć im to, co zawsze mówił w tekstach pisanych dla Refused, zdecydował się na ten krok. Krok, który mógł być uznany za nieco kontrowersyjny, ale koniec końców okazał się ani na trochę nie nadszarpywać wiarygodności i szczerości tego zespołu.
Tym bardziej, że Lyxzen i koledzy byli bardzo konsekwentni: nie było żadnych nowych piosenek, żadnych prób wydawania nowych płyt - było tylko kilka koncertów i to wszystko, każdy wrócił do swoich obecnych projektów. Sam wokalista zaraz po trasie Refused wydał album z zespołem, któremu zdawał się poświęcać dziś najwięcej czasu, czysto hard core’owo-punkowej formacji AC4. Album, na którym nie ma najmniejszych kompromisów, ani pod względem muzycznym, ani tekstowym.
Ale szybko miało się okazać, że to bynajmniej nie jedyny projekt, któremu dziś poświęca swój czas Lyxzen. Bo właśnie ukazała się płyta opatrzona szyldem INVSN. To dziś właściwie zupełnie nowy projekt, choć jego korzenie sięgają jeszcze lat dziewięćdziesiątych. Hiperaktywny artysta postanowił wtedy zebrać utwory, które pisał w czasie, kiedy śpiewał w Refused, ale które za nic nie mieściły się w profilu stylistycznym tej grupy.
Materiał ukazał się w 1999 roku pod wiele mówiącym tytułem: „Songs in the Key of Resistance”, a opatrzony był nazwą The Lost Patrol Band. Artysta zaskoczył swoich dotychczasowych fanów - płyta była w dużej mierze akustyczna i bliższa raczej muzyce folk niż punk rockowi. Potem solowy projekt przyjął postać pełnowymiarowego zespołu, który muzycznie sytuował się mniej więcej w okolicach klasycznego punkowego brzmienia z końca lat siedemdziesiątych. Ale to jeszcze nie było wszystko, co miał zamiar pokazać w swoim pobocznym projekcie Lyxzen. Po kilku latach zespół znów zmienił skład, zmienił muzykę i zmienił nazwę.
W tym momencie pojawiła się formacja INVSN, która na samym początku obecnej dekady wydała dwie płyty z piosenkami po szwedzku, po czym Lyxzen postanowił wypłynąć na szersze wody i przygotować zestaw utworów po angielsku. A przy okazji - spróbować swoich sił w jeszcze innym gatunku. Tym razem postawił na nową falę z początku lat osiemdziesiątych, płynnie przechodząc od gitarowych aranżacji, bliskich zapomnianej już dziś nieco, a swego czasu niemal kultowej formacji The Sisters Of Mercy, do znacznie głębiej zanurzonych w elektronice pomysłach, bliższych raczej twórczości grupy New Order.