To jedno z największych zaskoczeń bardzo wielu tegorocznych zestawień najlepszych płyt roku. Dowód na to, że nie zawsze to, co na obrzeżach musi pozostać niedocenione. Dowód na to, że granica między obrzeżami i całą resztą rozmywa się coraz bardziej.

REKLAMA
Koniec roku i początek następnego to oczywiście dla dziennikarzy, krytyków, blogerów, wydawców i wielu innych osób związanych w ten czy inny sposób z muzyką, czas dokonywania podsumowań mijających dwunastu miesięcy. Podsumowań, które zwykle przyjmują formę list najważniejszych płyt roku. To rytuał, w którym każdy chce mieć swoje miejsce, nic więc dziwnego, że już od ostatnich dni listopada internet zalany jest zestawieniami generowanymi przez najróżniejsze redakcje, kolektywy i inne grona, a także tymi tworzonymi indywidualnie przez samych dziennikarzy, muzyków czy wydawców. Co roku ten proces wygląda dość podobnie i wynikają z niego podobne refleksje: choćby to, że trudno jest często rozdzielić swój osobisty, subiektywny gust od próby odpowiedzenia na pytanie, czy można posługiwać się jakimikolwiek obiektywnymi kryteriami, służącymi do wybrania płyt w oczywisty sposób dobrych. Choćby to, że część propozycji, które pojawia się na listach, czy raczej: powtarza się na listach, to obowiązkowe, przewidywalne punkty programu, które nie mogły nie znaleźć się w zestawieniach dotyczących danego roku. Nie inaczej jest w tym roku, a listę tego typu „pewniaków”, które znaleźć można niemal w każdym zestawieniu płyt roku, niezależnie w zasadzie od gustu osób, które je tworzyły czy profilu medium, w którym pracują, otwiera bez dwóch zdań najnowszy album Nicka Cave’a i jego The Bad Seeds.
Ale jest jeszcze jedna prawidłowość – o wiele ciekawsza i godna uwagi. Co roku na listach znaleźć można pozycje, które zaskakują. Płyty, co do których trudno było przewidywać, że na takie listy trafią. Z jednej strony chodzi o albumy uznanych od lat zespołów, które często same w sobie nie są zbyt ciekawe, ale trochę nie wypada ich nie dostrzec, skoro są podpisane przez muzyków z wielkim, ważnym, czasem wręcz kanonicznym dorobkiem. Z drugiej – i to jest z pewnością odkrycie znacznie ciekawsze – chodzi o albumy, które za sprawą list doczekują się należnego, choć nieoczywistego, uznania. Płyty, które z różnych powodów, nie trafiały na pierwsze strony gazet, obijały się raczej gdzieś po marginesach, a zdecydowanie warto o nich nie zapominać, kiedy rozpocznie się kolejny rok.
W tym roku znakomitym przykładem takiego albumu jest płyta formacji Deafheaven, zatytułowana „Sunbather”. To drugi album tego, istniejącego od 2010 roku kalifornijskiego zespołu, który początkowo działał jako duet (jego założyciele: wokalista George Clarke i gitarzysta Kerry McCoy są do dziś jedynymi stałymi członkami jego składu), potem wsparli go muzycy znanej neo-shoegaze’owej grupy Whirl, a wreszcie – formacja zaczęła działać w dzisiejszej, pięcioosobowej konfiguracji.
Z pozoru ten zespół i ta płyta to kolejne dowody na żywotność jednego z najnowszych crossoverowych pomysłów na scenie alternatywnej, czyli połączenia death metalu z shoegazem czy szerzej: indie rockiem. Zespołów próbujących w ostatnim czasie swoich sił w takim właśnie pomyśle na muzyczną synergię z pozoru odległych od siebie estetyk, jest sporo, żeby wymienić choćby niezwykły – już choćby dlatego, że jego członkowie nigdy nie grają, ani nie nagrywają wspólnie, a muzykę tworzą korespondencyjnie, duet Crooked Necks. Ale to właśnie członkom grupy Deafheaven udało się stworzyć dzieło, które nie tylko jest po prostu znakomite, ale na dodatek zdołało się wyrwać z niszy, na którą skazane są tego typy projekty – nawet jeśli bardzo mocno zahaczają o shoegaze’ową estetykę, death metalowy element nie pozwala im zaistnieć w szerszym wymiarze.
Ilość list, na których pojawia się w tym roku „Sunbather” jest na to znakomitym dowodem. Jest jednocześnie ciekawym symptomem tego, jak bardzo przesuwają się granice muzyki akceptowanej dziś przez alternatywną publiczność – jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia, żeby na scenie szeroko pojętej muzyki indie pojawiały się zespoły grające tak ostro, głośno i agresywnie. A dziś, w erze wielkiego sukcesu takich grup jak Fucked Up, Kvelertak czy Iceage, znalazło się w tym gronie także dla – było nie było – muzycznych ekstremistów z grupy Deafheaven.