Czy obietnica, którą składa ten znakomity utwór, spełni się w postaci równie dobrej płyty? Czy to będzie zespół, o którym będę pamiętać za kilka miesięcy czy tylko krótki rozbłysk, który zniknie z mojego życia równie szybko, jak się pojawił?

REKLAMA
Festiwal Eurosonic, który jak zwykle odbywa się w połowie stycznia, jest co roku pierwszą okazją, żeby przyjrzeć się temu, co będzie się działo na europejskiej scenie muzycznej w ciągu najbliższych miesięcy. To typowa impreza promocyjna, czyli taka na której występują niemal wyłącznie zupełnie nieznane zespoły, debiutanci, którzy dopiero walczą o zainteresowanie i popularność. Co roku odkrywa ona wielkie talenty i wielkie gwiazdy, ale co roku przynosi także trochę rozczarowań – zespołów, które wydają się ciekawe, wydają się iść pewną droga w stronę sukcesu, a koniec końców okazują się tylko obiektem zachwytu tylko chwilowego, nie do końca zrozumiałego już po kilku miesiącach.
Poprzedni rok przyniósł sporo takich sytuacji – zarówno tych pozytywnych, jak i tych rozczarowujących. Do wyjątkowych spełnień zaliczyć trzeba z pewnością szkockie trio Chvrches, które na holenderskiej imprezie zagrało jeden ze swoich pierwszych koncertów w historii, a już po kilku miesiącach zapełniało największe hale w Europie i Stanach. Z drugiej strony warto wspomnieć o zespole, o którym zapomniałem już niemal zupełnie, a wydawało się, że to się nie zdarzy – Little Green Cars, innym odkryciu ubiegłorocznej edycji Eurosonic, po której do dziś nie został nawet ślad – rozczarowująca płyta, kilka koncertów i właściwie nic więcej. A zupełnie nie wiadomo, dlaczego właściwie tak się stało, bo ta grupa miała przecież wszystko, co potrzeba, żeby wypłynąć i zdobyć sławę: modne, indie-folkowe brzmienie, przebojowe piosenki, imponujące, wielogłosowe partie wokalne.
W tym roku na pewno będzie podobnie. Próbowałem się do tego przygotować, przesłuchując setki utworów dziesiątków zespołów, występujących tym razem w Groningen. Znalazłem kilka, po których sporo sobie obiecuję i będę uważnie śledził, na ile te obietnice mają szanse się spełnić. To choćby islandzki zespół Oyama, grający dość klasyczny, ale – pewnie właśnie dlatego – pasjonujący shoegaze z brudnymi gitarami i ładnymi melodiami. To choćby brytyjski Amber Run, kolejna formacja poruszająca się w rejonie wyznaczonym kilka lat wcześniej przez Mumford And Sons, która ma w zanadrzu co najmniej kilka ciekawych piosenek. To choćby Elliphant – skandynawska odpowiedź na to, co prezentuje M.I.A., wokalistka prezentująca sprytnie przybrudzony pop z licznymi nawiązaniami do muzyki zaczerpniętej z egzotycznych kultur. To choćby jednoosobowy projekt East India Youth, naznaczony już na samym wstępie autorytetem wydawcy, pisma „Quietus”, którego szef po raz pierwszy tak bardzo zakochał się w jakiejś płycie, że postanowił sam ją wydać. A płyta jest rzeczywiście bardzo ciekawa, łączy bowiem w jedno elementy, które zdają się za nic nie pasować do siebie. To choćby grające dość podobną, równie surową i dynamiczną muzykę brytyjskie zespoły Drenge i Kid Karate.
No i wreszcie Embers – irlandzka formacja, która absolutnie zauroczyła mnie utworem, którym się promuje. Jak przystało na formację, która właściwie dopiero zaczyna karierę, niewiele o niej wiadomo poza tym, że składa się z czterech osób, że jej członkowie pochodzą w Manchesteru. Czy to się zmieni za kilka miesięcy? Czy to będzie zespół, o którym będzie wiadomo coś więcej i będzie więcej szans, żeby go posłuchać na żywo? Czy nagra płytę godną tego, co zaprezentował na swych pierwszych opublikowanych utworach? Będę z niecierpliwością czekał, kiedy odpowiedzi na te pytania staną się jasne.