Trochę niepoprawna nazwa, trochę niepoprawny tekst i moja niepoprawna słabość do takich właśnie prostych i poruszających piosenek. To wszystko idealnie układa się w jedną całość.
REKLAMA
Ta piosenka, choć to przecież żadna nowość, pojawia się tu dziś nieprzypadkowo – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro usłyszę ją na żywo. I już nie mogę się doczekać. Bo strasznie lubię ten zespół, zarówno w wersji studyjnej, jak i – a może nawet bardziej – na żywo.
To była zresztą bodaj jego pierwsza piosenka, którą udało mi się usłyszeć, kiedy sprawdzałem, czy w kolejnym zestawie nowych płyt znajdę coś, co mnie jakoś specjalnie poruszy. A ta piosenka poruszyła mnie z miejsca. Nie mogło tak nie być, nie od dziś mam słabość do takiego grania: prostego, szczerego do bólu, melodyjnego, przebojowego i poruszającego zarazem. Australijski duet, którego członkowie grają tylko na gitarze i perkusji, nie mógł więc nie przypaść mi z miejsca do gustu.
Jego pierwszej płyty, albumu „Rearrange Beds” z 2009 roku, bardzo szybko nauczyłem się na pamięć i kiedy tylko nadarzyła się okazja, żeby posłuchać na żywo piosenek, które się na nim znalazły, stałem oczywiście w pierwszym rzędzie pod sceną. Jak się później miało okazać był to zresztą najlepszy koncert tej grupy, jaki udało mi się zobaczyć.
Kameralne wnętrze nowojorskiego klubu Mercury Lounge nadawało się idealnie na spotkanie z tą filigranową dziewczyną, wymyślanymi przez nią melodiami i jej niemal ekshibicjonistycznymi zwierzeniami w tekstach poszczególnych utworów.
Kameralne wnętrze nowojorskiego klubu Mercury Lounge nadawało się idealnie na spotkanie z tą filigranową dziewczyną, wymyślanymi przez nią melodiami i jej niemal ekshibicjonistycznymi zwierzeniami w tekstach poszczególnych utworów.
Drugi raz widziałem Australijczyków na ubiegłorocznym festiwalu Hurricane, gdzie zagrali w bezlitosnym deszczu, który kompletnie zniweczył szanse na atmosferę adekwatną do poziomu emocji zawartych w ich piosenkach. Trzeci – kilkanaście tygodni później podczas festiwalu CMJ, gdzie grali na dużej scenie, w dużym klubie. Na dodatek, jak się miało okazać już kilka godzin później, mój świat miał się właśnie kompletnie zawalić, albo przynajmniej zatrzymać. I choć absolutnie nie mogłem się tego spodziewać, wygląda na to, że musiałem coś podświadomie przeczuwać, bo podczas tego występu dręczył mnie raczej niepokój, niż cokolwiek innego.
Może trochę było tak też przez zaskakująco szczery tekst tej piosenki – chyba mojej ulubionej spośród wszystkich zamieszczonych na dwóch płytach grupy – o tym, że czasem warto potknąć się i upaść, szukając prawdziwej miłości. Bo nie jest dobrze wiedzieć, że było się tylko takim właśnie potknięciem.
