Kolejny przykład zespołu z kraju, będącego białą plamą na muzycznej mapie świata, który brawurowo dopomina się o uwagę. Jego najnowsza płyta zdecydowanie jest jej warta.
REKLAMA
To historia powtarzana od lat, o której jednak rzadko się pamięta: warto czasem przekroczyć – dosłownie i w przenośni – granice znanego muzycznego świata, warto wyjść ze strefy artystycznego bezpieczeństwa. Warto czasem dać szansę zespołom, wywodzącym się z uświęconych wieloletnią tradycją muzycznych centrów świata: Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Skandynawii, a ostatnio także Australii i Nowej Zelandii. Warto czasem posłuchać zespołów z krajów, z których jeszcze nigdy nie słyszało się żadnego zespołu.
Tak jest, mniej więcej, tym razem. Co prawda nie jest tak, że nigdy nie słyszałem zespołu z Izraela, ale były to naprawdę zupełnie wyjątkowe przypadki: sto lat temu jakieś punki znad Morza Martwego, wydające płyty w Stanach i śmiało przemierzające Europę, długo, długo później słynny – najsłynniejszy chyba w ostatnich latach, jeśli chodzi o izraelską scenę – zespół Monotonix, robiący zaskakującą karierę przede wszystkim za sprawą wyjątkowo spektakularnych, pełnych niezwykłej energii koncertów i jeszcze jeden wyjątek od reguły – noise’owa formacja, która otwierała jeden z showcase’ów nowojorskiego festiwalu CMJ. I to było w zasadzie tyle. Aż do dziś.
Bo nagle, właściwie zupełnie przez przypadek, trafiła do mnie płyta zespołu Va’adat Harigim. Trafiła i z miejsca znalazła się na liście bardzo intensywnie słuchanych płyt początku roku. Bo porwała mnie od razu swoją energią, mocą brudnych gitar, na swój sposób i w granicach przyjętej przez muzyków stylistyki zawrotnie przebojowymi piosenkami. Izraelscy muzycy mają znakomity pomysł na odświeżenie shoegaze’owej stylistyki, na dodatek okazuje się, chyba trochę zaskakująco, że rzadko słyszany, a przez to nader egzotyczny, język hebrajski, znakomicie pasuje do tego gatunku – zdaje się nadawać piosenkom sporo dodatkowego nastroju, swoją tajemniczością i nieprzystępnością, budując jeszcze jedną ciekawą warstwę w tych wielopłaszczyznowych utworach.
O zespole trudno znaleźć jakiekolwiek informacje w internecie – większość materiałów jest bowiem w całkowicie nieprzejrzystym dla nikogo, kto nie miał okazji uczyć się tego alfabetu, języku. Wiadomo w zasadzie tylko tyle, że – już sama w sobie brzmiąca dość mrocznie – nazwa grupy, na angielski tłumaczy się jako dość banalne „exceptions committee”, a sami muzycy twierdzą, że brzmi to dla nich jak nazwa, którą mógłby nosić jakiś gitarowy zespół z collage’u z któregoś z popularnych seriali dla młodzieży z lat dziewięćdziesiątych. Coś jest na rzeczy tylko o tyle, że członkowie grupy rzeczywiście odnoszą się w swojej twórczości do muzyki z tamtej dekady, ale zdecydowanie nie takiej, która mogłaby zabrzmieć w tego typu telewizyjnej produkcji. Nic dziwnego, że muzyka, która znalazła się na płycie zatytułowanej „The World Is Well Lost” jest mocna i ostra – członkowie grupy na co dzień grają w punkowej grupie TV Buddhas.
Ta płyta wciąga, hipnotyzuje, momentami wręcz uwodzi. To zdecydowanie jedna z najciekawszych pozycji w tym gatunku, które ukazały się w ostatnim czasie. I pozostaje tylko żałować, że – jako, że zespół pochodzi spoza muzycznych centrów świata – będzie miał pewnie dużo trudniej niż formacje amerykańskie i brytyjskie, żeby koncertować tam, gdzie udaje się dotrzeć tym ostatnim. Choć najnowsza informacja, że grupa ma się pojawić na tegorocznym festiwalu SXSW w Austin, budzi w tym względzie pewne nadzieje.
