Zespół z nazwą zaczerpniętą od jednego z najsmutniejszych utworów świata już na dzień dobry ma dodatkowe punkty. A kiedy okazuje się, że nagrywa tak dobre płyty jak ostatnia, takie handicupy okazują się zupełnie niepotrzebne.
REKLAMA
Z tym zespołem jest tylko jeden problem: nazywa się dokładnie tak samo, jak inny amerykański zespół. Bardzo dobry zespół na dodatek, który wykonuje chaotyczną, pełną żywej wściekłości muzykę z pogranicza hard core’a i punk rocka. Obie grupy funkcjonują równolegle, nagrywają kolejne płyty, koncertują, na dodatek z pewnością istnieje pewna część wspólna zbiorów ich wielbicieli. To wszystko sprawia, że czasem trudno się zorientować, o którą z nich chodzi. Wystarczy jednak usłyszeć choć kilka dźwięków, żeby je bezbłędnie zidentyfikować. Bo to drugie Ceremony, choć też ma punkowe korzenie, sytuuje się jednak raczej po stronie zespołów, które stawiają na mocny, głośny shoegaze. Najnowsza, trzecia płyta zespołu, która ukazała się niedawno, jest na to znakomitym dowodem.
Album jest krótki, zwarty, treściwy i mocny – zatytułowany jest „Distance”, ale zważywszy na jego niezwykle gęstą zawartość emocjonalną o wiele można posądzać jego autora, ale nie o dystans. To muzyka, w której słychać bardzo wyraźnie szczerość, niemal ekshibicjonistyczną tendencję do przelewania na struny gitary swoich głęboko skrywanych uczuć. To muzyka, w której słychać emocjonalną żarliwość. Ta płyta to coś jak wykrzykiwanie kolejnych zdań z pamiętnika, który początkowo pisało się tylko dla siebie, ale nagle zapragnęło się nim podzielić z całym światem. I pewnie przede wszystkim właśnie dlatego „Distance” tak wciąga, hipnotyzuje i uwodzi.
Zespół powstał prawie dokładnie dziesięć lat temu założony przez Johna Fedowitza w małej miejscowości Fredericksburg – to właśnie on jest jedynym stałym członkiem tego projektu, czasem solowego, czasem rozrastającego się do pełnego składu. Fedowitz to dziś w zasadzie prawdziwy weteran sceny shoegaze’owej – wiele lat temu grał z zespole Skywave, ukrytej perełce tego gatunku, w której swoje pierwsze kroki stawiał Oliver Ackermann, dziś znany jako lider grupy A Place To Bury Strangers i prawdziwy mistrz zniekształcania gitarowych dźwięków za pomocą przesterów własnego pomysłu i własnej produkcji. Panowie zresztą lubią się i współpracują do dziś – to właśnie Ackermann odpowiadał za ostateczny kształt brzmienia najnowszej płyty swojego dawnego kolegi.
Zespołowi, który działa w tak efemeryczny sposób jak Ceremony nie jest łatwo grać koncerty, a jednak Fedowitzowi od czasu do czasu udaje się zbudować na tyle stabilny skład, żeby móc pojechać w trasę koncertową – grupie zdarzyło się już nawet odwiedzić Europę, a nawet wciąż dość egzotyczną jeśli chodzi o scenę muzyczną, bo przecież bardzo odległą, Azję. Oby w ramach promocji najnowszej płyty znów zdecydował się na wypad na stary kontynent – może będzie go można zobaczyć na scenie: jego najnowsze piosenki na żywo z pewnością zabrzmią jeszcze bardziej emocjonalnie niż na płycie.
