Ta piosenka to jeden z tysięcy utworów nagrywanych każdego miesiąca przez setki małych, niezależnych zespołów na całym świecie. Ale to jednocześnie dowód na to, że każda z nich może stać się dla kogoś bardzo ważna.
REKLAMA
Mansions to jeden z tych zespołów na amerykańskiej scenie alternatywnej, który ciągle ociera się o zdobycie szerszej popularności i możliwości prezentacji swoich piosenek większemu gronu słuchaczy, niż tylko grupa zagorzałych wielbicieli, śledzących każdy krok muzyków. Ociera się, ale wciąż nie może przebić szklanego sufitu, który rozdziela jeden z tych światów od drugiego. A mimo to członkowie tej grupy nie poddają się ani na chwilę i wciąż robią to, co najbardziej lubią – nagrywają piosenki i grają je ludziom na koncertach.
Wszystko zaczęło się mniej więcej w połowie ubiegłej dekady, kiedy para znajomych, mieszkających wówczas w Louisville w Kentucky, Christopher Browder i Robin Dove, postanowiła iść śladem swoich idoli z młodości i założyć własny zespół, grający gitarowego rocka. Kolejne miesiące, jak w każdym tego typu przypadku, wypełniły członkom grupy godziny spędzone w sali prób i żmudna praca nad pierwszymi piosenkami. Potem przyszedł czas na debiut sceniczny i wycieranie kurzu w mikroskopijnych salkach koncertowych, gdzieś w piwnicach na prowincji, gdzie naprawdę trzeba się natrudzić, żeby odwrócić uwagę kilku stałych bywalców siedzących tyłem do sceny przy barze od puszki ulubionego piwa.
Po kilku miesiącach muzycy postanowili wydać swoje nagrania na płycie – materiał był wyprodukowany zupełnie samodzielnie i samodzielnie opublikowany, płyta miała w tytule nazwę zespołu, wydana była w minimalnym nakładzie i stanowiła tylko blady cień tego, o czym tak naprawdę marzyli muzycy: albumu wydanego przez prawdziwą wytwórnię i dystrybuowanego w zwyczajny sposób.
Ale na to musieli poczekać jeszcze kilka lat, wypełnionych graniem kolejnych małych koncertów, nagrywaniem i wydawaniem kolejnych płyt w iście kolekcjonerskich nakładach.
Aż wreszcie nastąpiło coś, na co tak długo czekali i co wydawało im się przełomem, na który pracowali od lat – udało im się podpisać kontrakt na wydanie albumu z wytwórnią Doghouse Records – oficyną od lat zasłużoną w promocji amerykańskich zespołów alternatywnych. Muzycy weszli do studia z producentem Mikem Sapone, znanym przede wszystkim za sprawą współpracy z prawdziwymi tuzami współczesnej sceny emo-core’owej, zespołem Taking Back Sunday. I już samo to było dla nich spełnionym snem – od dawna cenili jego umiejętności i płyty, pod którymi był podpisany. Potem, w 2009 roku, ukazał się będący wynikiem tej sesji nagraniowej album, zatytułowany „New Best Friends”. Trafiły na niego piosenki nagrywane wcześniej w domowych warunkach.
Ukazał się i... nic się nie stało. Nie było żadnego wielkiego przełomu, w życiu muzyków, którzy w międzyczasie przeprowadzili się do niemal mitycznego, jeśli chodzi o muzyczną stronę Ameryki, Seattle, nie zmieniło się praktycznie nic.
Ukazał się i... nic się nie stało. Nie było żadnego wielkiego przełomu, w życiu muzyków, którzy w międzyczasie przeprowadzili się do niemal mitycznego, jeśli chodzi o muzyczną stronę Ameryki, Seattle, nie zmieniło się praktycznie nic.
I wcale nie dlatego, że album był zły albo został odrzucony przez branżę i krytyków – wręcz przeciwnie, zebrał mnóstwo znakomitych recenzji, a nazwa grupy pojawiła się na wielu blogach. Muzycy nie ukrywali rozczarowania, które o mały włos nie spowodowało, że zespół przestał działać.
Na szczęście tak się nie stało – muzycy postanowili się nie poddawać, dalej robić to, co najbardziej lubili, niezależnie od tego, czy uda im się zdobyć sławę czy nie. W ciągu ostatnich pięciu lat wydali dwie kolejne płyty z premierowym materiałem i spory zestaw epek z alternatywnymi – np. akustycznymi – wersjami swoich publikowanych wcześniej utworów. Dziś, po pięciu latach, zdecydowali się też na reedycję swojego właściwego debiutu fonograficznego. Jak mówili w wywiadach, byli zaskoczeni, jak wiele osób znało piosenki z tej płyty, pytało ich o nią po koncertach, pisało o niej na swoich blogach – płyta, która, jak im się początkowo wydawało, zupełnie przepadła i nie zrobiła na nikim żadnego wrażenia, tak naprawdę sprawiła, że nazwa Mansions na amerykańskiej scenie alternatywnej przestała być anonimowa. I po części to właśnie za jej sprawą dziś zespół jest na wielkiej amerykańskiej trasie koncertowej u boku o wiele bardziej popularnych formacji La Dispute i Pianos Become A Teeth.
