W ciągu ostatnich kilku tygodni to najgłośniejszy – dosłownie i w przenośni – zespół na alternatywnej scenie. Czy to gigantyczne zamieszanie wokół niego jest uzasadnione czy to jednak przesada?

REKLAMA
Amerykańskie blogi muzyczne i oficjalne pisma zajmujące się tą tematyką od kilku miesięcy odmieniają przez wszystkie przypadki – a raczej: odmieniałyby, gdyby w języku angielskim istniała taka deklinacja, jak w polskim – nazwę tej formacji. Nazwę, warto zauważyć, raczej mało cenzuralną, nazwę która jeszcze niedawno raczej nie trafiłaby – tak jak dziś – na okładki wielu pism i do tytułów artykułów w muzycznych serwisach. Z czego wzięło się to szaleństwo?

Wygląda na to, że z dwóch podstawowych przyczyn – pierwsza jest raczej pusta i nie ma co się nią zajmować: branża muzyczna od jakiegoś czasu szuka mocnych wrażeń i daje pięć minut sławy zespołom, które jeszcze kilka lat temu, ze względu na ekstremalny wymiar swojej twórczości, nie miałyby szans zaistnieć w żaden sposób na oficjalnej scenie muzycznej. Lista nazw tego typu grup, za pomocą których pryszczaci hipsterzy i wystrojone szafiarki udowadniają, jacy są radykalni, jest długa i znaleźć można na niej choćby takie zespoły jak np.: Fucked Up, Kvelertak, Iceage czy Kylesa. Teraz dołącza do niej piątka muzyków z podnowojorskiej miejscowości Syracuse. To zespół, który istnieje w zasadzie tylko kilka miesięcy. Powstał na dodatek w niecodzienny, a wręcz dość zabawny sposób – przyjaciel wokalistki, reżyser filmowy, który właśnie zaczynał kręcić film z Johnem Cussackiem w roli głównej, potrzebował do jednej ze scen fikcyjnego zespołu, który zagrałby fikcyjny koncert. Zaproponował jej zebranie kilku znajomych muzyków i zrealizowanie tego pomysłu. Dziewczyna zgodziła się i bardzo szybko zrozumiała, że – trochę przez przypadek - udało jej się zmontować tak spójny i zgrany skład, że fikcyjny zespół, który miał wystąpić w filmie, stał się zespołem jak najbardziej prawdziwym.
Grupa szybko wydała epkę z czterema utworami, była prawdziwym czarnym koniem ubiegłorocznej edycji nowojorskiego festiwalu CMJ, a potem stała się najgorętszym tematem amerykańskich muzycznych mediów. Na festiwal SXSW muzycy jechali już w charakterze prawdziwych gwiazd, a wydana niemal dosłownie dzień po tej imprezie debiutancka płyta długogrająca – choć „długo” to zdecydowana przesada: album trwa niewiele ponad dwadzieścia minut – była jedną z najbardziej oczekiwanych fonograficznych nowości tej wiosny.
Na szczęście jest jeszcze drugi, o wiele ważniejszy powód tej niezwykłej, błyskawicznej popularności – to fakt, że członkowie Perfect Pussy rzeczywiście zaproponowali coś bardzo ciekawego, oryginalnego, wielowarstwowego i ze wszech miar intrygującego. To muzyka, która przy pierwszym kontakcie nieprzygotowanego słuchacza może odrzucić swoim brudem, szorstkością, nieprzystawalnością do któregokolwiek ze schematów obecnych dziś na scenie alternatywnej. Ale wystarczy dać tym piosenkom trochę czasu, żeby dostrzec, jak wiele się w nich kryje. Choćby świetne melodie, na których są oparte – świetne, choć przykryte kilkoma warstwami brudnego hałasu, niemal chaotycznego noise’u, tworzonego przez muzyków z pełną świadomością, żeby nie powiedzieć wręcz – premedytacją. Choćby znakomite teksty, w których wokalistka grupy, Meredith Graves, opowiada zaskakujące sprawy z najgłębszych zakamarków swojej intymności. Takiej otwartości, tak brutalnej szczerości dawno nie było na scenie muzycznej, a już na pewno – tej oficjalnej.
Czymś, co znacznie ułatwiło zespołowi zrobienie tak błyskotliwej kariery była jeszcze jedna sprawa – porywające koncerty. Raz, że grając taką muzykę nie sposób oczywiście stać na scenie i wpatrywać się w swoje buty, ale dwa, że członkowie zespołu, doświadczeni przez lata występów w małych punkowych zespołach, na małych punkowych scenach, mają w sobie niespożyte pokłady energii. Oglądanie ich koncertów jest doznaniem tak intensywnym, że niemal powalającym – to pewnie jeden z powodów, dla których te występy z reguły nie trwają dłużej niż kwadrans. Ich energia, ich widoczna bardzo wyraźnie radość ze wspólnego grania, natychmiast udziela się widzom, a niezwykła charyzma Graves sprawia, że nie sposób oderwać od niej wzroku.