
To może być jeden z czarnych koni tegorocznego Off Festiwalu – całe szczęście, że jego organizatorzy zwrócili uwagę na ten zespół już dziś, jutro może być o nim naprawdę głośno.
REKLAMA
W tym zespole bardzo skutecznie łączą się dwa zjawiska charakterystyczne dla współczesnej amerykańskiej sceny niezależnej: po pierwsze to jedna z coraz większej ilości formacji, które śmiało i bezkompromisowo próbują swoich sił w graniu mocnym, głośnym i surowym, po drugie – pochodzący z Detroit muzycy wpisują się bardzo skutecznie w nurt nowego grania z tego właśnie miasta.
Pierwsze z tych zjawisk wiąże się z rosnącą popularnością twórczości takich artystów jak m.in.: Jay Reatard czy Ty Segall – muzyków, którzy nie oglądając się na mody i nurty, które obecnie są najbardziej popularne, wracali do klasyki surowego, garażowego grania, stawiając na prymarną, w zasadzie wręcz prymitywną energię i niemal ekshibicjonistyczne, bezpardonowe wykrzykiwanie wszystkich swoich emocji na tle głośnych, sfuzzowanych gitar.
Pierwsze z tych zjawisk wiąże się z rosnącą popularnością twórczości takich artystów jak m.in.: Jay Reatard czy Ty Segall – muzyków, którzy nie oglądając się na mody i nurty, które obecnie są najbardziej popularne, wracali do klasyki surowego, garażowego grania, stawiając na prymarną, w zasadzie wręcz prymitywną energię i niemal ekshibicjonistyczne, bezpardonowe wykrzykiwanie wszystkich swoich emocji na tle głośnych, sfuzzowanych gitar.
Druga kwestia wiąże się z muzyczną tradycją Detroit i ze współczesnością tego miasta. Tradycją bynajmniej nie tę, którą rozsławił ostatnio słynny, oskarowy film dokumentalny o Rodriguezie, tradycją o wiele głośniejszą, wiążącą się raczej z takimi formacjami, jak MC5 czy The Stooges, tradycją dopasowaną do ciemnych barów, do których przychodzili zapijać swoje frustracje i zmęczenie robotnicy z licznych okolicznych fabryk samochodowych. Do tego dochodzi oczywiście współczesny klimat tego miasta – prawdziwego fenomenu wśród amerykańskich metropolii – miasta, które przez ostatnich kilkanaście lat skutecznie i zajadle umierało, zwijało się, pustoszało i gniło.
Nic więc dziwnego – pisanie o tym, to dziś już niemal truizm - że w takich okolicznościach powstawać musi muzyka, w której zmieścić się musi frustracja, melancholia, desperacja, wściekłość i rezygnacja i wiele innych mrocznych emocji, wszystko w odpowiednio dobranych proporcjach. I doskonale to słychać w muzyce zespołu Protomartyr.
To młoda grupa, która – napędzana tymi wszystkim, co dzieje się w rodzinnym mieście jego członków – w ciągu bardzo krótkiego czasu, zaledwie kilku miesięcy, wydała dwie znakomite płyty długogrające, zagrała mnóstwo koncertów i zdążyła wyrobić sobie miano jednego z najciekawszych debiutantów na amerykańskiej scenie garażowego grania.
I słusznie, bo to grupa rzeczywiście bardzo oryginalna, a na koncertach pokazująca, co to znaczy garażowa energia. Jej studyjne nagrania świadczą o tym, że muzycy mają mnóstwo znakomitych pomysłów i nie dają się łatwo zaszufladkować – na właśnie wydanej nowej płycie dominują surowe, mocne, garażowe brzmienia, oparte na typowych post-punkowych rytmach.
Niezwykłe wrażenie czwórka młodych muzyków robi na koncertach. Bo oto przed słuchaczem staje trójka dziarskich rockowców, którzy z zaciętymi minami robią potężny hałas, ale na czele tej ekipy pojawia się wokalista, który zdaje się pochodzić z jakiegoś zupełnie innego przedstawienia: wygląda raczej jak fizyk kwantowy niż muzyk rockowego zespołu, a jego zaskakująca sceniczna ekspresja też bliższa jest raczej seminarium doktorskiemu niż zwykłemu koncertowi. Ten widok mocno gra z oczekiwania słuchacza co do tego, jak powinien prezentować się na scenie taki zespół, mocno podważa stereotypy i schematy. A oto przecież tak naprawdę chodzi w muzyce z buntem w tle.
