Całkiem niepostrzeżenie, ta piosenka stała się jednym z najciekawszych, najbardziej poruszających i najintensywniej dyskutowanych singli ostatnich tygodni.

REKLAMA
Amerykańskie media muzyczne bardzo intensywnie zajmują się nie tylko tą piosenką, ale i całą płytą, którą ten utwór promuje – najnowszym albumem artystki, występującej pod pseudonimem EMA, wydanym na początku marca krążkiem „The Future’s Void”. I nic dziwnego, że poświęcają mu tak wiele uwagi: nie dość, że w tej uroczej wokalistce dziennikarze, blogerzy i miłośnicy alternatywnego grania zakochali się już dawno, na dodatek jej najnowsze dzieło rzeczywiście jest świetnym tematem do dyskusji, zwłaszcza dyskusji w internecie.

Naprawdę nazywa się Erika M. Anderson, pochodzi z Południowej Dakoty, a pierwsze muzyczne kroki stawiała z szeregach zespołu Gowns, który założyła ze swoim ówczesnym partnerem. Grali razem zaskakujące i intrygujące połączenie brudnej elektroniki i akustycznego folku, które miało pewne, bardzo małe, zwolenników, ale było zdecydowanie zbyt radykalne, żeby przyciągnąć szerszą publiczność.
Kiedy rozpadł się i związek, i zespół, artystka postanowiła spróbować swoich sił samodzielnie. Pierwszy materiał, który wydała tylko na kasecie i zatytułowała nader adekwatnie: „Little Sketches On Tape”, nie wzbudził większego zainteresowania, ale już jej kolejne dzieło, uznawany za oficjalny debiut album „Past Life Martyred Saints” z 2011 roku, okazał się strzałem w dziesiątkę – płytą, w której z miejsca zakochało się spore grono słuchaczy.
Artystka ujęła ich przede wszystkim swoją szczerością i otwartością, tym, że słuchanie tego albumu było doświadczeniem niezwykłym – nie sposób było nie odnieść wrażenia, że artystka jest w tym samym pokoju i zwierza się ze swoich najskrytszych tajemnic. Sposób realizacji tego materiału, ciepły głos wokalistki i jej osobiste, szeptane w pierwszej osobie teksty – wszystko sprawiało wrażenie zaskakującej intymności i bliskości.
O artystce natychmiast zaczęła się rozpisywać prasa muzyczna i blogi – statystyki wskazywały wręcz, że tuż po wydaniu płyty była wokalistką najczęściej wymienianą w tej formie internetowej komunikacji. Świetnie przyjmowane były też koncerty, promujące ten materiał. Nic więc dziwnego, że oczekiwania wobec kolejnej płyty były wielkie, a niecierpliwość wszystkich, którzy w Erice zakochali się po poprzednim albumie – ogromna.
I równie potężnym zaskoczeniem okazał się być nowy materiał, który właśnie ujrzał światło dzienne. Bo o ile przy poprzedniej płycie można było odnieść wrażenie, że została nagrana w domu, przy użyciu najbardziej skromnych środków, tym razem poziom produkcji wydaje się być o co najmniej kilka szczebli wyższy. Zaskakiwać może też ogromna różnorodność stylistyczna materiału na tym albumie – rozpiętość sięga z jednej strony stonowanych, wyciszonych ballad, a z drugiej – hałaśliwego rocka, zahaczającego niemal o rejony industrialne. Intrygujące są, jak zawsze w przypadku tej artystki, teksty – tym razem zajmuje się ona przede wszystkim tematyką związaną z internetem i tym, jak wpływa na codzienne życie zwykłych ludzi i tych, którzy z tego czy innego powodu, są obiektem masowej popularności, a co za tym idzie - masowego zainteresowania.
Nawet jeśli nowe oblicze artystki budzi swego rodzaju kontrowersje, wystarczy wybrać się na któryś z koncertów, na których promuje najnowszą płytę, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że zakochując się w niej już dawniej, bardzo dobrze ulokowało się uczucia – nawet jeśli jej piosenki brzmią dziś trochę inaczej, niż wtedy, dokładnie takie same pozostały: jej głos, jej ekspresja, a przede wszystkim – jej urok, który sprawia, że na koncercie widz czuje się tak, jakby śpiewała tylko dla niego.