Udało mi się ostatnio przejechać kawałek Europy. Zatrzymać po drodze w kilku miejscach. A przy okazji spotkać rzesze Polaków- bo i taki okres był majówkowy. I...? I stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, że naprawdę się zeuropeizowaliśmy i naprawdę nie wstydziłam się za naszych. Nie spotkałam facetów w skarpetach i sandłach, a szerokimi autostradami i ekspresówkami gnały piękne samochody z literkami „PL“.
REKLAMA
Gdy kilkanaście lat temu pierwszy raz poleciałam na luksusowe wczasy do gorącej, egipskiej Hurgady było jakby inaczej. All inclusive był jak magiczne zaklęcie, które otwierało drzwi do arabskiego luksusu. A rzesze Polaków, po latach siermiężnego socjalizmu, to zaklęcie wypowiadało z namaszczeniem i dumą. Z tamtych czasów oprócz grillowanych krewetek pamiętam właśnie rodaków, którzy z wersji ultra all inclusive korzystali trochę jakby inaczej niż pozostali goście hotelowi. Gdy Niemcy zbierali się pod koniec dnia do hotelowych pokoi, nasi zalegali na leżakach do późnej nocy bo ich jasnowłose niewiasty nie były w stanie ich ściagnąć z leżaków. Tak działało nie słońce ale darmowy alkohol. Pamiętam też, „matki Polki“ pakujące w serwetki wędliny i robiące na resztę plażowego dnia, kanapki. Generalnie było trochę obciachowo a wszystkiemu towarzyszyły trzy paski .
Lata mijały a z nami jakby nie do końca było lepiej. Po drodze, kilka wizyt w Londynie. Za każdym razem ze znajomymi bawiliśmy się w: „rozpoznaj Polaka“. Nie było problemu. Najłatwiej było z facetami. Białe skarpetki, czarne sportowe buty-najlepiej nike albo reeboki i oczywiście spodnie dresowe. Czasami zamiast dresów dżinsy podciagnięte pod żebra. Włos na łyso i reklamówka w dłoni. Często- gęsto mocno pijany. Gra była prosta jak drut.
W Barcelonie z naszymi bywało nie lepiej. Jak pijany z zaczerwienioną od słońca skórą to albo Polak albo angol. Jak wyliczająca w sklepie każdego centa kobieta to najczęściej partnerka Polaka. Jeśli wrzeszczący na dzieci na plaży dorosli to na 80% wrzeszczą po polsku. Z Hiszpanii pamiętam taką historyjkę. Lądujemy w Gironie. Jest noc. Dojeżdżamy do Barcelony, na dworzec autobusowy. Do mieszkania, które wynajmujemy, mamy kilkanaście kilometrów. Metro już śpi. Do tego samego mieszkania, w tym samym autobusie jedzie inna para z Polski. Po drodze się zgadujemy. Gdy my wsiadamy do taksówki oni nam machają i mówią, że dojdą spacerem. ??????? Zabieramy ich. W trakcie drogi przyznają, że szkoda euraków a kilkanaście kilometrów z walizkami to naprawdę nie jest daleko. Jasne.
Z podobną oszczędnością Polaków spotkałam się również w Paryżu. Młode małżeństwo próbowało skorzystać z ulicznej toalety we dwoje ale... za jedną opłatą. O włos nie skończyło się to tragicznie a przechodnie nie mogli wyjść z podziwu dla pomysłowości naszych rodaków. Wtedy naprawdę wstydziłam się odezwać po Polsku.
Wakacje na Synaju i w Jordanii. W hotelu może z pięciu Polaków. Reszta, z reszty Europy. Spokój, cisza, fajnie, miło. Jest relaks. Aż przyjeżdża grupa najlepszych sprzedawców ze Śląska. Najpierw krzyczą na barmanów, że leją do drinków za mało wódki. Krzyczą po polsku. Później, przynoszą swoją białą-mocną, prosto z kraju, najlepszy procentowy wyrób. Ochrona hotelu grzecznie prosi, że nie wnosimy szkła na plażę itd itp. Najlepsza z najlepszych sprzedawców do ochroniarza wyskakuje z tipsami. Wstyd. Mega wstyd.
I takich historii każdy z nas zna dziesiątki. Każdy się kiedyś za rodaków wstydził.
A tu, miła niespodzianka...
Jedziemy sobie przez Europę. Miło. Majówka. Najpierw zatrzymujemy się w małej ale zamożnej Słowenii. Poznajemy pierwszą Polkę. Mieszka tam. Wykształcona, z dobrą praca, szanowana przez sąsiadów, ładny apartament, fajne auto. W wiosce, w której mieszka wszyscy są przekonani, że Polacy właśnie są tacy. I pewnie dlatego każdy nas pozdrawia i każdy się do nas uśmiecha.
W Wenecji słyszę Polaków na każdym kroku. Fajnie wyglądają, nie odstają od europejczyków, siedzą w restauracjach, piją kawę, nie przeklinają a jak trzeba mówią płynnie po angielsku. Jest ok.
W okolicach Wiednia, na autostradzie więcej polskich rejestracji, niż austriackich. Od bogatych Austriaków odróżnia nas jedynie „PL“. Polskie samochody na austriackich drogach są nowe, jakby z wyższej półki, często przyozdobione rowerami- też tymi lepszymi. Wyglądamy na zamożnych i aktywnych. Niekoniecznie przepijających cały urlop.
Na drodze pełna kultura. Polak jak chce to potrafi. Przy ograniczeniach prędkości „PL“ zwalnia, jak reszta UE, nikt nikomu nie zajeżdża drogi, a na stacjach benzynowych miłe pogawędki po polsku.
Jednym słowem – jest dobrze. A mit wstydzenia się za Polaków powoli jakby pada. Przynajmniej w moich oczach.
Ot i tyle. Taka krótka refleksja w zimną niedziele, chwilę przed wakacjami.
Punkt Widzenia
A tu, miła niespodzianka...
Jedziemy sobie przez Europę. Miło. Majówka. Najpierw zatrzymujemy się w małej ale zamożnej Słowenii. Poznajemy pierwszą Polkę. Mieszka tam. Wykształcona, z dobrą praca, szanowana przez sąsiadów, ładny apartament, fajne auto. W wiosce, w której mieszka wszyscy są przekonani, że Polacy właśnie są tacy. I pewnie dlatego każdy nas pozdrawia i każdy się do nas uśmiecha.
W Wenecji słyszę Polaków na każdym kroku. Fajnie wyglądają, nie odstają od europejczyków, siedzą w restauracjach, piją kawę, nie przeklinają a jak trzeba mówią płynnie po angielsku. Jest ok.
W okolicach Wiednia, na autostradzie więcej polskich rejestracji, niż austriackich. Od bogatych Austriaków odróżnia nas jedynie „PL“. Polskie samochody na austriackich drogach są nowe, jakby z wyższej półki, często przyozdobione rowerami- też tymi lepszymi. Wyglądamy na zamożnych i aktywnych. Niekoniecznie przepijających cały urlop.
Na drodze pełna kultura. Polak jak chce to potrafi. Przy ograniczeniach prędkości „PL“ zwalnia, jak reszta UE, nikt nikomu nie zajeżdża drogi, a na stacjach benzynowych miłe pogawędki po polsku.
Jednym słowem – jest dobrze. A mit wstydzenia się za Polaków powoli jakby pada. Przynajmniej w moich oczach.
Ot i tyle. Taka krótka refleksja w zimną niedziele, chwilę przed wakacjami.
Punkt Widzenia
