Zszokowała mnie ostatnia łódzka dyskusja na temat przygotowania absolwentów wyższych uczelni do wejścia na rynek pracy. Dlaczego? Bo jak się okazuje, większość z nich kompletnie nie odnajduje się w nowej sytuacji. Lata edukacji, poczynając od przedszkola, nie przygotowują młodych ludzi do tego by rozwijali się na rynku zawodowym. Nie przygotowują jednak przede wszystkim do tego by na niego weszli. To odpowiedź na statystyki, które mówią, że co czwarty student w regionie łódzkim będzie bezrobotny.

REKLAMA
Kończą dobre kierunki, dobre uczelnie ale ustawiają się w kolejkach w pośredniakach. Nie mogą znaleźć pracy miesiącami, a co niektórzy na garnuszku rodziców zostają latami. Dlaczego?
Sami studenci odpowiadają: "bo nie ma pracy"', "bo nie będziemy pracować za tyle co fizyczny na linii produkcyjnej".
Pracodawcy odbijają natychmiast piłeczkę : "nasi absolwenci nie potrafią się sprzedać".
Pośrednicy pracy nie mają wątpliwości, praca na łódzkim rynku jest, zapotrzebowanie jest, klienci są gotowi zapłacić dużo pod warunkiem, że kandydat spełnia ich oczekiwania.
Dlaczego zatem nasi studenci nie spełniają oczekiwań pracodawców?
Po pierwsze, na potęgę produkujemy "niepotrzebnych"' magistrów. Urzędy pracy zalewają filozofowie, poloniści, pedagodzy, socjolodzy, znawcy łaciny i greki. Tylko po co ? Wiadomo przecież, że na lokalnym rynku potrzeba specjalistów z branży IT, ludzi z wykształceniem technicznym, ekonomicznym, perfekcyjnie znających języki.
Uczelnie, które niby badają rynek pracy i niby pod niego dostosowują kierunki studiów nie chcą rezygnować z kury znoszącej złote jajka czyli z kierunków humanistycznych. Ograniczenie liczby miejsc na tych kierunkach to dla uczelni jakby odcięcie źródełka . Kandydaci pchają się na nie tłumnie a każdy student to pieniądze. I kółko się zamyka.
Tu dochodzimy do sedna, dlaczego młodzi ludzie wybierają kierunki po których nie ma przyszłości?
Bo tylko 3% maturzystów świadomie wybiera kierunek studiów. Reszta idzie "po dyplom", "bo idzie tam kolega", "bo blisko domu". A później ? "Jakoś tam będzie ".
Wyłania się wielka dziura w systemie edukacji. Dlaczego w szkołach średnich albo nawet podstawowych nie ma trenerów zawodowych czy innych osób, które uczyłyby świadomości w tym kierunku?
Dlaczego nie można przygotować młodego człowieka do świadomych i mądrych wyborów?
Kolejnym problemem, podkreślanym przez pracodawców, jest kompletna nieumiejętność zaprezentowania się podczas rekrutacji.
Problemy pojawiają się na etapie cv. Normą są wklejone zdjęcia w kostiumach kąpielowych, czy przeróżnych kapeluszach. Normą jest, że kandydat przychodzi na rozmowę w dresie. I równie popularne co irytujące gdy niemal każdy odpowiada, że "chce się w firmie rozwijać". Gdy pada pytanie w którym kierunku, świeżo upieczony absolwent już nie wie.
Dla ponad 60% absolwentów najważniejszym czynnikiem motywującym do szukania pracy jest wynagrodzenie. 1 na 100 chciałby zarabiać ponad 10 tys. złotych. Największa jednak grupa widziałaby na swoim koncie od 3, 5 - 4 tys. Średnio widzi im się praca za 1, 5 tys brutto a nawet i 2 nie brzmi zachęcająco.
Pracodawcy chcą płacić więcej ale tylko tym dobrze przygotowanym. Niestety większość z absolwentów nie spełnia podstawowego wymogu: nie znają języków obcych. I choć 3/4 wie, że znajomość języka angielskiego to norma to tyle samo zna go w stopniu niezadowalającym pracodawcę.
Nie chcą pracować za tyle co "fizyczni" przy liniach produkcyjnych. Ale to właśnie oni - studenci mają przed sobą ścieżkę rozwoju. I co by nie mówić na jej początku są mniej wartościowi dla pracodawcy niż chociażby monter. Ale ścieżka rozwoju zapewnia im możliwość szybkiej zamiany miejsc.
I to co zaskakuje najbardziej, polscy studenci - absolwenci czekają na pracodawców i oferty pracy.
Oby nie czekali zbyt długo...
Zwłaszcza, że za chwilę mury polskich uczelni opuści kolejna fala niezaradnych magistrów.
Punkt Widzenia

źródło: start people