Bliska znajoma postanawia wyremontować mieszkanie. Jak to z remontami bywa, zatrudnia “zaprzyjaźnionego” budowlańca. Jak ma się wkrótce okazać, “zaprzyjaźniony" miał nieco inny stosunek do tej znajomości. Budowlaniec i jego ekipa remontowa zobowiązują się wyremontować mieszkanie w 5 tygodni. W tym czasie inkasują na materiały budowlane i na poczet zaliczki ok 10 tys zł. Po 5 tygodniach mieszkanie zostawiają w totalnej ruinie i znikają z pieniędzmi. Lecz nie to w tej historii jest tematem. Dużo ciekawsza w tej historii jest rola organów ścigania. Rola to nawet nie drugoplanowa, lecz tak bardzo kolejnorzędna, że żadna. A jednak.

REKLAMA
Kwiecień, 2010
Zonk nr 1
Pierwszego dnia policja nie chce przyjąć zgłoszenia, bo nie ma umowy z
ekipą remontową. Tak, to był błąd! Były za to potwierdzenia przelewów,
narzędzia robotników w mieszkaniu i był nawet dowód rejestracyjny szefa
budowlanych patałachów. Ale dla policji to żaden powód do działania. A
jeśli już, to do działania dość pokrętnego.
Policjant, który nie chce przyjąć zgłoszenia, straszy znajomą i jej
przyjaciela, że będą mieli problemy, bo chcą zostawić w komisariacie dowód rejestracyjny oszusta. Policjant, na dyżurce żywcem z lat osiemdziesiątych, z mentalnością głębokiego PRL-u, próbuje wmówić poszkodowanym, że przywłaszczyli dokument, a to jest karalne. I zupełnie nieważne jest dla Pana Władzy, że przez kilkadziesiąt minut dwie osoby tłumaczą mu, że dowód rejestracyjny w mieszkaniu zostawił szef ekipy remontowej, który uciekł z pieniędzmi.
Zirytowany policjant straszy w końcu prawnymi konsekwencjami. Znajomi
odpuszczają.
Zonk nr 2
Namawiam przyjaciółkę, by skontaktowała się z prawnikiem. Prawnik
potwierdza: ”policja musi przyjąć zgłoszenie”.
Okradziona 30- latka, z ruiną zamiast mieszkania, idzie na komisariat po
raz drugi. Tego dnia policja przyjmuje zgłoszenie, ale dopiero po tym jak
kobieta straszy, że poinformuje media.
W końcu udaje jej się zgłosić oszustwo, wyłudzenie 10 tys. zł, kradzież
telewizora i m.in. deski klozetowej. O desce piszę tylko dlatego, że wbrew
wszystkim znakom na ziemi i niebie, tylko ona wydała się policji ważna. O tym zaraz.
Tego samego dnia na komisariat zgłasza się inna kobieta, oszukana i
zastraszana przez tego samego “Pana Złotą Rączkę" albo lepiej “Pana Złoty Wytrych”. Ona również chce zgłosić kradzież i oszustwo na 6 tys. złotych. I jej mieszkanie kompletnie nie nadaje się do zamieszkania.
Kobieta jednak nie zostaje przyjęta przez policjantów, bo tego dnia na
komisariacie nikt już nie ma dla niej czasu. Nie dziwi, była w końcu 13:00.
Kobieta na policję nigdy już nie wróciła.
Zonk nr 3
Przesłuchanie.
Podczas przesłuchania policjanci skupiają się głównie na wmówieniu
“bezdomnej" znajomej, że zabrała budowlańcowi dowód rejestracyjny i że jest to złe. Kradzież pieniędzy jakby nie.
Gdy kobieta po raz 65 tłumaczy, że złodziej dowód zostawił sam tak jak i
pozostałe narzędzia, policjant wreszcie odpuszcza i przyjmuje zeznanie.
Jakby powiedział Niekryty Krytyk “inteligencja policjantów wydaje się być poniżej IQ przeterminowanego jogurtu.”
Dowód rejestracyjny złodzieja znajoma przekazuje do Wydziału Komunikacji.
Wydział Komunikacji dowód odsyła, by złodziej i oszust jednocześnie mógł swobodnie się przemieszczać. Na szczęście znajoma dała się okraść, to miał również na benzynę.
Zonk nr 4
Mija tydzień, drugi, trzeci. I tak do ośmiu liczymy. Nic się nie dzieje.
Poszkodowana 30- latka kontaktuje się z policją. Słyszy, że sprawa nie jest rozwojowa i nic nowego w sprawie nie ma:
- “Z panem Robertem (budowlaniec - złodziej) nie ma kontaktu. Nie odbiera wezwań. Nie możemy go znaleźć .". Ojejku. I na koniec policjant dodaje “ szkoda, że nie ma Pani tej umowy".
Brzmi, jakby za sprawą czarodziejskiej umowy, dało się rozwikłać kryminalną zagadkę stulecia, czyt. oszustwo "na budowlańca".

Samodziałanie

Poszkodowanej kobiecie puszczają powoli nerwy. Chociaż, z reguły, trzymają się całkiem nieźle. Ale nie tym razem. Drobna blondynka prosi mnie o pomoc. I ja rozmiarami brontozaura raczej nie przypominam. Ale ok. Pomagam. W piękne czerwcowe popołudnie jedziemy pod dom Roberta P. - jeszcze nie tak dawno “zaprzyjaźnionego" budowlańca. Miejsce akcji: łódzkie Bałuty. Coś jakby warszawska Praga.
Zaczynamy zakrojone na szeroką skalę działania operacyjne. Z parówkami w ręku i bułką pod ręką postanawiamy prowadzić obserwację z samochodu. Po 15minutach z posesji wyjeżdża Robert P. Bingo! Gonimy go jedną z bałuckich ulic. Zajeżdżamy drogę. Pisk, klaskony, jednym słowem: zadziało się. Prawie jak w amerykańskim filmie, tylko zamiast policji - My. Mężczyzna wysiada z samochodu. Przestraszony, w sumie nie wiem czemu, pisze oświadczenie, że przyjął tyle i tyle pieniędzy, że podjął się remontu, że remontu nie wykonał i że pieniędzy nie rozliczył. Mężczyzna zobowiązuje się w ciągu 60 dni spłacić całą kwotę.
W amerykańskim filmie w tym miejscu gra fajna muzyka, a na ekranie
trzaskają flesze aparatów. W polskiej rzeczywistości?
Dwie kury domowe, w ciągu 30 minut robią to, czego nie może zrobić wykwalifikowana kadra policyjna w ciągu 2 miesięcy.
Na chwilę zaczynam wierzyć w swoje detektywistyczne zdolności.
Zonk nr 5
Zawozimy policji gotowy kwit, robi to jednak wrażenie tylko na nas. Na
pewno nie na policjantach. Ich naprawdę trudno poruszyć, zwłaszcza zza biurka do działania. Każą czekać do końca terminu, bo oszust na pewno odda pieniądze, tak jak się zobowiązał. No jasne, bo oszuści zawsze mówią prawdę. Znajoma czeka.
Pieniędzy jak nie było, tak nie ma.
Koleżanka informuje o tym zdumionego komisarza. Cóż, znowu musi czekać. Co prawda nie wiadomo na co i po co, ale jak władza każe, to się czeka.
Słowa: ”czekać”, “bez zmian”, “czekać” , “bez zmian”, “nie znaleźliśmy”, “nic nowego” to ulubione w słowniku Pana komisarza.
W tym czasie kobieta mieszka u rodziców, przyjaciół, wynajmuje mieszkanie. Kolejne ekipy, za kolejne pieniądze próbują doprowadzić mieszkanie do stanu używalności. Nie jest łatwo. Zabudowana wanna bez odpływu to moja ulubiona historia.
Za oknem piękne lato. Wakacje niestety dobiegają końca. Cierpliwość 30-latki również.
Opłaca prawnika. Sprawa trafia do sądu. W ciągu miesiąca jest wyrok - budowlaniec jest winny i musi oddać 10 tys. zł.
Prawnik, na tym etapie, inkasuje tysiaka.
Jest ulga i chwilowa radość. Chwilowa to bardzo ważne określenie.
Bo teraz czas na komornika. Oczywiście jegomościa, który ma wyegzekwować zasądzoną kwotę, również trzeba opłacić. To już symboliczna suma przy wszystkich innych, coś około 200zł.
PIERWSZY PRZEŁOM
Jesień. Nagły telefon z policji. Natychmiast trzeba uzupełnić zeznania.
Na komisariacie zamiast znajomego już komisarza- “rozpracowującego”
złodzieja od ponad pół roku, “wgryzającego się” w każdy szczegół sprawy tak, żeby tylko się nie spocić, jest jego współlokator z pokoju. Notabene miły frustrat około czterdziestki.
Najpierw Pan policjant narzeka, że mało zarabia, że takie warunki, że
naprawdę łatwo nie jest. Później zazdrości wakacji (wie, bo nie mógł się
dodzwonić ),w finale przyznaje, że mają taki bałagan i tyle spraw, że nie
ogarnia i za bardzo nie wie, o co chodzi w tej konkretnej. Nawet scenarzysta “Trudnych spraw” by tego nie wymyślił.
Ale jak nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o…. Nie, nie. Nie tym razem. Funcjonariusz operacyjny szuka, szuka i... znajduje:
-"Bo to chodzi o tę deskę klozetową ? Tak?" – wyraźnie dumny.
Jodie Foster była jakby bardziej powściągliwa w emocjach gdy znalazła seryjnego zabójcę w “Milczeniu Owiec”. “Budowlaniec nie odebrał jej ze sklepu !!” Łoł ! Superrr !
I co z tego ?
Zonk nr któryś tam
Ręce opadają.
Policja sprawę umorzyła, bo... deska się znalazła. A 10 tys. złotych,
skradziony telewizor, koszty wynajmu mieszkania, koszty kolejnej ekipy
poprawiającej i budującej od nowa to już nic takiego. Ale mega szacun za
deskę klozetową. Niby drobiazg, a jednak nie umknął naszym stróżom prawa!
Zonk a'la komornik
Późna jesień, pierwszy kontakt z komornikiem:
- "Czy coś się dzieje w sprawie? Czy Pan Komornik cokolwiek robi?"
No oczywiście nie, bo Pan Złodziej nie otwiera drzwi i nie można wejść do
niego do mieszkania. I tak przez kolejnych kilka miesięcy. Cóż za niedobry
przestępca. A fuj. Aż się chce powiedzieć “złodzieju, jesteś u Pani !”.
Ale jakby poczucie humoru opuściło już dawno pokrzywdzoną koleżankę.
Nowy rok. Bez zmian. Do mieszkania pseudorobotnika wciąż nie można wejść, bo "nawet nie wiadomo czy on tam jest".
Kobieta jedzie sprawdzić sama. Bo w sumie czemu nie? Oszust jest w mieszkaniu. Dzwoni więc do komornika, ale chłopinie znowu się nie udaje. Jak długo może trwać zabawa w nieotwieranie drzwi? Zwłaszcza, że Pan Złodziej opanował ją do perfekcji, a komornik z asesorem przegrywają za każdym razem. Pojawia się nadzieja, można wejść do mieszkania dłużnika w obecności policji, ze ślusarzem. Super. Ale... jak zwykle jest "ale". Wierzyciel musi zapłacić za asystę policji ok 1000 zł, a w sumie nigdy nie wiadomo, czy dłużnik ma w domu przedmioty tyle warte. Łoł nr 2
Komornik prosi o jeszcze jeden miesiąc. Jeśli nie uda się wejść za sprawą
zapukania, po ludzku, weźmie policję, a poszkodowana po prostu zapłaci.
Po prostu kolejny raz..
Rok później
7. maja 2011 Przełom nr 2
Pan Komornik wchodzi do mieszkania dłużnika. Przez przypadek wpuściła go narzeczona Pana Złodzieja. Zła kobieta. Jak mogła. Narzeczony jej chyba nie uczył reguł gry “nieotwieramy komornikowi”.
Uradowany po uszy komornik dzwoni, żeby poszkodowana
przyjechała na miejsce, by mogła być przy zajęciu przedmiotów należących do pseudobudowlańca. Jedzie. Bałuty. Miło nie jest. Ale nikt nie spodziewał się pogaduszek przy cieście. Komornik zajmuje telewizor - ok 150 zł, mini wieżę- ok 100zł, itd. - wartość zbliżona, plus samochód - 2 tys. zł.
W trakcie spotkania Robert P., zwany w tym tekście złodziejem i oszustem, przypomina sobie, że jak uciekał, to zostawił narzędzia (oprócz syfu, ruiny i dowodu rejestracyjnego).
Komornik, jako warunek dalszych czynności, stawia rozliczenie się z owych narzędzi. Nie ważne, że nie ma żadnych dowodów na to, że Robert P. je zostawił, nie ma żadnych kwitów, żadnych dokumentów. W wyznaczonym przez komornika terminie i miejscu poszkodowana kobieta ma się spotkać z asesorem i oszustem. Ma oddać pozostałości po pracach budowlanych. Nie protestuje, bo uczciwie wszystko przechowywała od roku, włącznie z dziurawymi butami I puszką od piwa, które panowie po sobie zostawili.
Miejsce spotkania : Bałuty, piątek, godz. 19.30. Podwórko przed domem Pana Złodzieja vel Oszusta.
Jadę z koleżanką. We dwie zawsze raźniej. Jednak nie tym razem.
"Dołączają do nas" koledzy budowlańca. Poznajemy, bo jeden z nich to
wspólnik, który również burzył z Robertem P. ściany. Czterech wyrośniętych osiłków w niebieskim zdezelowanym oplu początkowo nas bawi. W końcu gangsterzy, którzy chcą zastraszyć człowieka, nie jeżdżą "zabytkowymi" autami. Nawet w polskich filmach. A jednak na Bałutach tak. Panowie gazują swoją niebieskawą brykę, prężą się paląc papierosa za papierosem. Starają się zaimponować. Ale jakoś za mało pasków mieli na dresach.
Szkoda tylko, że to jedyne nasze towarzystwo, bo w tym wszystkim nie pojawia się NIKT z kancelarii Pana Komornika. Po prostu zapomniał nas poinformować, że od nich nikogo nie będzie. W promocji mamy za to cztery karki.
W tym czasie mogli chociażby spisać nr rejestracyjny naszego samochodu – to w najlepszym przypadku (wiem, wiem, są raczej niepiśmienni). W nieco gorszym mogli ukręcić nam głowy i …no przecież nie przyczepić do swoich karków. To jedyny podgatunek ludzki, który nie potrzebuje głowy do życia.

Rok później, marzec 2012

Przełomu brak. Pieniędzy też.
W czym problem?
Minęły 2 lata.
Policja traktowała okradzioną kobietę i jej przyjaciół jak intruzów.
Funkcjonariusze nie zrobili kompletnie nic.
W sumie przepraszam, przecież umorzyli sprawę.
Sąd wydał wyrok. Ale nikt już postanowień wyroku nie wyegzekwował.
Za to wszyscy generowali dodatkowe koszty:
Ciągłe telefony do komisariatu i super komisarza.
Ekipa poprawiająca po patałachach, same poprawki, około 7 tys. złotych.
Wynajem mieszkania w czasie, gdy mieszkanie się naprawiało - 2,5 tys. złotych.
Wynajęty prawnik -w sumie 1,5 tys. złotych.
Koszty sądowe - 200zł
Komornik - ok 200 zł i kolejne 200 zł na telefony do komornika mobilizujące do pracy.
Puenta:
Straty, oprócz skradzionych 10 tys. złotych, kolejnych kilka wydanych na wyegzekwowanie sprawiedliwości. W promocji czterech adoratorów w starym oplu, z przerośniętymi karkami.
A pewnie wystarczyłoby po prostu kilka tysięcy, by poznać bardzo niemiłych Panów z BMW. I 10 tysięcy wróciłoby na konto błyskawicznie.
Tyle, że “głupia znajoma”, chciała być uczciwa.
Jak wynika z prostego rachunku zupełnie się to nie opłaca.
A tak swoją drogą, zastanawiam się, co przechodzą ludzie, którzy padli
ofiarą naprawdę poważnych przestępstw?
Punkt Widzenia