Sobota, 13.07.2013
REKLAMA
Przysucha, ok 150 km na południe od Warszawy. Małe miasteczko o ciekawej historii. Onegdaj współistniały tu trzy społeczności: polska, żydowska i niemiecka. Do dziś przetrwały trzy ryneczki.
Jestem tu z przyjaciółmi u przyjaciela.
Szara, smutna, chłodna, deszczowa sobota prowokuje do refleksji.
…
Jako dzieciak, a potem młody człowiek żyłem w kościele i żyłem kościołem. Byłem bezgranicznie i bezkrytycznie oddanym członkiem wspólnoty katolickiej. W zasadzie nie dostrzegałem rzeczywistości poza nią, a raczej każdą inną rzeczywistość odrzucałem, nie rozumiałem jej. Przez całe lata uczono mnie tego, że kościół katolicki jest jedynym domem Boga na ziemi. Byłem pewny, że tak właśnie jest.
Kościół, zwłaszcza ten mój gdański, w tamtych czasach był inny niż ten, który widzę dzisiaj. Poznałem wielu wspaniałych, skromnych duchownych, którzy przez lata byli moimi przewodnikami. Tamten kościół uczył pokory wobec życia, bezwarunkowej miłości do drugiego człowieka, szacunku dla odmienności. Przynajmniej tak to pamiętam. Może nie dostrzegałem tylko, jak bardzo z powodu wyznawanych wówczas bezkrytycznie wartości narastało we mnie poczucie winy, które nieuniknienie prowadziło do smutku i depresji. Będąc w kościele płaciłem ogromną cenę za to kim jestem. Pocieszeniem była tylko wiara w Boga, który przecież kocha bezwarunkowo.
Mimo to tamten kościół był jakiś bliższy, cieplejszy, bardziej oddany człowiekowi, wyrozumiały. Kościół Wojtyły, Tischnera, Bonieckiego.
Jestem tu z przyjaciółmi u przyjaciela.
Szara, smutna, chłodna, deszczowa sobota prowokuje do refleksji.
…
Jako dzieciak, a potem młody człowiek żyłem w kościele i żyłem kościołem. Byłem bezgranicznie i bezkrytycznie oddanym członkiem wspólnoty katolickiej. W zasadzie nie dostrzegałem rzeczywistości poza nią, a raczej każdą inną rzeczywistość odrzucałem, nie rozumiałem jej. Przez całe lata uczono mnie tego, że kościół katolicki jest jedynym domem Boga na ziemi. Byłem pewny, że tak właśnie jest.
Kościół, zwłaszcza ten mój gdański, w tamtych czasach był inny niż ten, który widzę dzisiaj. Poznałem wielu wspaniałych, skromnych duchownych, którzy przez lata byli moimi przewodnikami. Tamten kościół uczył pokory wobec życia, bezwarunkowej miłości do drugiego człowieka, szacunku dla odmienności. Przynajmniej tak to pamiętam. Może nie dostrzegałem tylko, jak bardzo z powodu wyznawanych wówczas bezkrytycznie wartości narastało we mnie poczucie winy, które nieuniknienie prowadziło do smutku i depresji. Będąc w kościele płaciłem ogromną cenę za to kim jestem. Pocieszeniem była tylko wiara w Boga, który przecież kocha bezwarunkowo.
Mimo to tamten kościół był jakiś bliższy, cieplejszy, bardziej oddany człowiekowi, wyrozumiały. Kościół Wojtyły, Tischnera, Bonieckiego.
Dziś niemal nie ma mnie już w kościele. Kościół mnie nie chce, kościół mnie nie potrzebuje. Kościół nie tylko nie zabiega o mnie, ale odrzuca mnie. Podobnie jak ta kobieta, pierwsza w Polsce poczęta metodą in vitro, czuję brak więzi z instytucją, która w sposób jawny, głosem swoich przedstawicieli, gardzi mną.
Za każdym razem kiedy pojawia się ktoś taki jak ksiądz Lemański rodzi się we mnie nadzieja, że jeszcze coś da się uratować, że jeszcze coś da się odwrócić. Że są w kościele duchowni, którzy pamiętają podstawowe prawo: przykazanie miłości. Nadzieja niestety niechybnie staje się płonną. Szybko okazuje się, że w kościele nie ma miejsca nie tylko dla mnie, ale nie ma miejsca dla tych wielkich, jak Boniecki, Lemański i innych, którzy ot tak, po prostu szanują drugiego człowieka. Dziś pewnie nie byłoby również miejsca dla Tischnera i kto wie, może i Wojtyły. Może również ci dwaj ostatni, gdyby historia potoczyła się inaczej, byliby zmuszeni dzisiaj żyć na przymusowej emeryturze z zakazem medialnym w tle.
W zamian hierarchowie kościelni serwują nam ideologów pokroju ojca Rydzyka i księdza Oko. Ludzi budujących siebie publicznie w oparciu o mniej lub bardziej świadomie używane kłamstwo, bez skrupułów wyrażających pogardę wobec inaczej myślących, inaczej czujących, inaczej wierzących. To wokół nich kościół buduje mury ochronne, nie chcąc widzieć zła, jakie jest czynione w imię partykularnych i w moim przekonaniu źle rozumianych interesów swojego środowiska.
Jak ryby w wodzie czują się dzisiaj w kościele politycy w rodzaju poseł Pawłowicz czy aktywnie działający aktywiści faszyzujących organizacji, którzy chętnie jako świeccy mówią w imieniu kościoła, choć język jakim się posługują nie ma nic wspólnego z naukami Chrystusa i chrystusowym przykazaniem miłości. Kościół nie tylko się od nich nie odcina, ale wręcz legitymizuje ich aktywność. Wielu duchownych chętnie pokazuje się z nimi, wspiera ich. To oni dzisiaj de facto stają się kościołem.
Taka wspólnota nie ma przyszłości. Taki kościół będzie nieuchronnie upadał, i dobrze.
Społeczeństwo nie zasługuje na to by być karmione kłamstwem, fałszem, ksenofobią i pogardą. Ludzie nie zasługują by dzielić ich na lepszych i gorszych, a do tego przeciw sobie. Wszystko to w imię ponoć wyższych celów.
Za każdym razem kiedy pojawia się ktoś taki jak ksiądz Lemański rodzi się we mnie nadzieja, że jeszcze coś da się uratować, że jeszcze coś da się odwrócić. Że są w kościele duchowni, którzy pamiętają podstawowe prawo: przykazanie miłości. Nadzieja niestety niechybnie staje się płonną. Szybko okazuje się, że w kościele nie ma miejsca nie tylko dla mnie, ale nie ma miejsca dla tych wielkich, jak Boniecki, Lemański i innych, którzy ot tak, po prostu szanują drugiego człowieka. Dziś pewnie nie byłoby również miejsca dla Tischnera i kto wie, może i Wojtyły. Może również ci dwaj ostatni, gdyby historia potoczyła się inaczej, byliby zmuszeni dzisiaj żyć na przymusowej emeryturze z zakazem medialnym w tle.
W zamian hierarchowie kościelni serwują nam ideologów pokroju ojca Rydzyka i księdza Oko. Ludzi budujących siebie publicznie w oparciu o mniej lub bardziej świadomie używane kłamstwo, bez skrupułów wyrażających pogardę wobec inaczej myślących, inaczej czujących, inaczej wierzących. To wokół nich kościół buduje mury ochronne, nie chcąc widzieć zła, jakie jest czynione w imię partykularnych i w moim przekonaniu źle rozumianych interesów swojego środowiska.
Jak ryby w wodzie czują się dzisiaj w kościele politycy w rodzaju poseł Pawłowicz czy aktywnie działający aktywiści faszyzujących organizacji, którzy chętnie jako świeccy mówią w imieniu kościoła, choć język jakim się posługują nie ma nic wspólnego z naukami Chrystusa i chrystusowym przykazaniem miłości. Kościół nie tylko się od nich nie odcina, ale wręcz legitymizuje ich aktywność. Wielu duchownych chętnie pokazuje się z nimi, wspiera ich. To oni dzisiaj de facto stają się kościołem.
Taka wspólnota nie ma przyszłości. Taki kościół będzie nieuchronnie upadał, i dobrze.
Społeczeństwo nie zasługuje na to by być karmione kłamstwem, fałszem, ksenofobią i pogardą. Ludzie nie zasługują by dzielić ich na lepszych i gorszych, a do tego przeciw sobie. Wszystko to w imię ponoć wyższych celów.
Piszę to wszystko w smutku. Czuję gorycz rozstawania się z czymś, co niegdyś było mi tak bliskie.
Zastanawiam się gdzie jest ten Bóg, bo to, że nie ma go w dzisiejszym kościele, staje się dla mnie coraz bardziej wyraźne. A może to wszystko zawsze było tylko iluzją?
…
Kiedy tak sobie czasem pozwalam na marzenia, to wyobrażam sobie Polskę, w której jak onegdaj w Przysusze, różni ludzie mogą żyć obok siebie, szanując i wspierając siebie nawzajem i nie odmawiając sobie wzajemnie praw, godności, odmiennych aspiracji i wyborów.
Niestety to wciąż pozostaje tylko marzeniem.
Zastanawiam się gdzie jest ten Bóg, bo to, że nie ma go w dzisiejszym kościele, staje się dla mnie coraz bardziej wyraźne. A może to wszystko zawsze było tylko iluzją?
…
Kiedy tak sobie czasem pozwalam na marzenia, to wyobrażam sobie Polskę, w której jak onegdaj w Przysusze, różni ludzie mogą żyć obok siebie, szanując i wspierając siebie nawzajem i nie odmawiając sobie wzajemnie praw, godności, odmiennych aspiracji i wyborów.
Niestety to wciąż pozostaje tylko marzeniem.
