REKLAMA
Sopocka plaża, słońce, upał.
Piję kawę przeglądając portale informacyjne. Nawet w wakacje nie potrafię uwolnić się od tego nawyku. Trafiam na artykuł pt. „Rozmowy przez komórkę w autobusie. Zakazać czy nie?” Z tego tekstu dowiaduję się, że wielu pasażerom środków komunikacji miejskiej przeszkadzają współpasażerowie, którzy rozmawiają przez telefony komórkowe, zwłaszcza, kiedy robią to głośno, a tematy przez nich poruszane naruszają poczucie estetyki tych, którzy ostatecznie domagają się zakazu.
Przypomina mi się taki obrazek z poprzednich wakacji, które spędziłem na południu Francji.
Któregoś wieczoru ze znajomymi poszliśmy na miejską plażę w Cannes, obok słynnego Pałacu Festiwalowego.
Wieczór był upalny, wokół nas biesiadował pokaźny tłumek, mimo, że było już po zmroku.
W bezpośrednim naszym sąsiedztwie rozłożyła się grupa młodych ludzi. W koszykach mieli wino, sery i owoce. Wszyscy pili, ktoś palił papierosy. Czwórka z nich grała sobie
w pokera, a całej grupie towarzyszył pies, oczywiście na smyczy. Zachowywali się średnio głośno, śmiali się, żartowali, dyskutowali. Na mój gust sympatyczni, kulturalni ludzie. Takie zachowanie na plaży w Cannes to reguła. Nikt nie widzi w tym niczego złego, nikomu to nie przeszkadza.
A co stałoby się, gdyby chcieć przenieść tę młodą, biesiadującą grupę na którąś
z polskich plaż?
Odpowiedź jest kuriozalna i dość dramatyczna. Wszyscy zostaliby solidnie ukarani mandatami za picie alkoholu w miejscu publicznym, za palenie papierosów w miejscu publicznym, za wprowadzenie psa na plażę wbrew zakazom, a czwórka biesiadników trafiłaby do aresztu w oczekiwaniu na proces karny za grę w pokera, która w Polsce jest ciężkim przestępstwem kryminalnym, zagrożonym karą pozbawienia wolności. Zanim jednak właściwe służby zaprowadziłyby porządek, z całą pewnością nie jeden sąsiadujący plażowicz domagałby się natychmiastowego opuszczenia plaży przez tę krnąbrną młodzież.
Niby ta sama Europa, niby podobna demokracja, a jednak wolność nie ta sama, tolerancja jakby inna.
We Francji jeśli komuś przeszkadza zachowanie innego człowieka to uprzejmie,
acz asertywnie zwraca mu uwagę i z reguły to działa, bez udziału prawa, państwa i jego służb porządkowych.
Politycy w Polsce od dawna próbują wychowywać swoich współobywateli całą masą coraz to bardziej absurdalnych zakazów i nakazów. Czyżby rządzenie zakazami sprawiało im frajdę? A może jednak oni są emanacją nas samych i spełniają nasze oczekiwania? Może to w nas samych jest żądanie, aby wszystkie relacje międzyludzkie były regulowane prawem?
Nie potrafimy zaakceptować faktu, że żyjemy wśród innych ludzi. A ludzie jak to ludzie, zachowują się w różny sposób.
„Skoro ja bym się tak nie zachowywał to oczekuję, by inni dostosowali się do mnie,
bo inaczej żądam zakazu!”
Ile razy byłem świadkiem, kiedy jacyś znajomi sobie pasażerowie w pociągu rozmawiali zbyt głośno, do tego gestykulując zamaszyście. Czy to powód, by żądać zakazu rozmów w pociągach oraz zakazu zamaszystej gestykulacji? Czy dochodzimy do takiego stanu, w którym jesteśmy dla siebie nie do zniesienia? Jeden człowiek przeszkadza drugiemu człowiekowi, bo nie spełnia subiektywnych oczekiwań tego pierwszego?
Co robimy z naszą wolnością? Pytanie banalne, ale ważne. Przecież można je rozciągnąć na wszystkie sfery życia społeczeństwa, nie tylko te dotyczące obyczajowości w przestrzeni publicznej.
W 1989 roku wywalczyliśmy sobie wolność, z której nieustannie, nieuchronnie
i dobrowolnie, małymi kroczkami, posługując się masą racjonalnych argumentów, rezygnujemy.
Ja nie zamierzam temu ulegać i zawsze kiedy usłyszę o pomyśle kolejnego absurdalnego zakazu będę mówił NIE!
Pozdrawiam serdecznie