Minął już rok, kiedy napisałem na facebooku zdanie, radykalnie odmieniające moje życie. Napisałem wówczas: „Jestem gejem i moje życie jest tysiąc razy trudniejsze niż wasze”.
REKLAMA
To zdanie wielokrotnie cytowane było przez media, nie tylko internetowe,
a ja sam trafiłem na czołówki portali informacyjnych, do stacji telewizyjnych
i do prasy drukowanej.
a ja sam trafiłem na czołówki portali informacyjnych, do stacji telewizyjnych
i do prasy drukowanej.
Co się zmieniło w moim życiu?
Czego dowiedziałem się o sobie, ludziach i o Polsce przez ostatnie dwanaście miesięcy? Tymi doświadczeniami chciałbym podzielić się z Państwem
w niniejszym tekście.
Czego dowiedziałem się o sobie, ludziach i o Polsce przez ostatnie dwanaście miesięcy? Tymi doświadczeniami chciałbym podzielić się z Państwem
w niniejszym tekście.
Kiedy dzisiaj zamykam oczy i przypominam sobie siebie sprzed roku, widzę człowieka zagubionego, szarego, raczej zasmuconego, ot takiego właśnie listopadowego. Gdy myślę o sobie dzisiaj, pojawia się obraz człowieka wolnego, uporządkowanego, znającego własną wartość i możliwości.
Ten mój publiczny coming out był raczej nieprzemyślany, przypadkowy, napisany nad ranem, po suto zakrapianej imprezie. Potem, gdy obudziłem się wczesnym popołudniem i zrozumiałem, co się stało, nie było już odwrotu. Dziesiątki lajków i komentarzy, w tym również od dziennikarzy i znanych polityków sprawiło, że nie mogłem już uciec, skasować postu, schować się przed prawdą. Czułem panikę. Nie bardzo wiedziałem, co zrobić, jak to skomentować, jak się zachować? Tego samego dnia wieczorem zadzwonił
do mnie redaktor Tomasz Słomczyński z Dziennika Bałtyckiego i zaproponował, że napisze reportaż o mnie. Pomyślałem, skoro mleko się rozlało, to może historia mojego życia będzie jakąś formą wsparcia dla tych, którzy ze swoją orientacją radzą sobie gorzej niż ja dotąd, że może z tego zamieszania wyjdzie coś pożytecznego. Zgodziłem się.
Ten mój publiczny coming out był raczej nieprzemyślany, przypadkowy, napisany nad ranem, po suto zakrapianej imprezie. Potem, gdy obudziłem się wczesnym popołudniem i zrozumiałem, co się stało, nie było już odwrotu. Dziesiątki lajków i komentarzy, w tym również od dziennikarzy i znanych polityków sprawiło, że nie mogłem już uciec, skasować postu, schować się przed prawdą. Czułem panikę. Nie bardzo wiedziałem, co zrobić, jak to skomentować, jak się zachować? Tego samego dnia wieczorem zadzwonił
do mnie redaktor Tomasz Słomczyński z Dziennika Bałtyckiego i zaproponował, że napisze reportaż o mnie. Pomyślałem, skoro mleko się rozlało, to może historia mojego życia będzie jakąś formą wsparcia dla tych, którzy ze swoją orientacją radzą sobie gorzej niż ja dotąd, że może z tego zamieszania wyjdzie coś pożytecznego. Zgodziłem się.
Tekst pt. „Bóg stworzył geja, nie wiem dlaczego” ukazał się w połowie grudnia ubiegłego roku. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że publiczne wyjście z szafy okaże się aż tak silnym wsparciem dla innych, a dla mnie samego oznaczać będzie zupełnie nowe życie.
Stałem się wolny.
Przestałem się wreszcie bać, że się wyda, że ludzie dowiedzą się o mnie, że ktoś zechce mnie szantażować, a przecież już wówczas zajmowałem się działalnością publiczną. Poczucie winy wobec Boga, Kościoła, rodziców i całego świata, które przez lata nosiłem w sobie, uważając, że jestem gorszy, odeszło gdzieś bezpowrotnie. Nagle poczułem, że to, co tak bardzo ciążyło mi przez całe życie, przestało mieć znaczenie. Dostrzegłem w sobie wartości, których wcześniej nie widziałem.
Przestałem się wreszcie bać, że się wyda, że ludzie dowiedzą się o mnie, że ktoś zechce mnie szantażować, a przecież już wówczas zajmowałem się działalnością publiczną. Poczucie winy wobec Boga, Kościoła, rodziców i całego świata, które przez lata nosiłem w sobie, uważając, że jestem gorszy, odeszło gdzieś bezpowrotnie. Nagle poczułem, że to, co tak bardzo ciążyło mi przez całe życie, przestało mieć znaczenie. Dostrzegłem w sobie wartości, których wcześniej nie widziałem.
Kiedy o moim coming oucie robiło się coraz głośniej, moja elektroniczna poczta pęczniała od listów. Czasami były to tylko słowa wsparcia, często historie przepełnione smutkiem i goryczą. Zdarzały się i takie, w których ktoś wołał o pomoc. Poznałem tysiące ludzi z ich historiami i problemami. Wiele razy wzruszałem się, niejednokrotnie płakałem jak małe dziecko. Cudze dramaty okazywały się niewspółmiernie większe od moich własnych trosk i problemów. Były to historie o lęku przed odrzuceniem, nieakceptacji, poczuciu winy, życiu w oszustwie, a nawet o myślach samobójczych.
Poznawałem ludzi, ich niepokoje i problemy. Poznawałem społeczność LGBT, której wcześniej nie znałem w takiej skali.
Poznawałem ludzi, ich niepokoje i problemy. Poznawałem społeczność LGBT, której wcześniej nie znałem w takiej skali.
Jednocześnie zaczęły pojawiać się pierwsze głosy krytyki mojej osoby. Wcale nie od prawicowych fanatyków, ale od „swoich”. Niektórym aktywistom LGBT nie spodobał się gej, który mówił o Bogu, który przyznawał się do swoich dawnych związków z Kościołem. Przynależność do Platformy Obywatelskiej, a nie co najmniej do Ruchu Palikota, była dla nich nie do zniesienia. Największą agresję skupiłem na sobie, kiedy skrytykowałem niektórych działaczy LGBT, utrwalających, w moim przekonaniu, negatywne stereotypy o gejach, a jednocześnie przypisujących sobie prawo
do mówienia w imieniu całej polskiej społeczności LGBT. Dopiero wtedy zrozumiałem, że problem nietolerancji dotyczy również nas samych.
do mówienia w imieniu całej polskiej społeczności LGBT. Dopiero wtedy zrozumiałem, że problem nietolerancji dotyczy również nas samych.
Agresja i nieakceptacja tradycyjnej, katolickiej części społeczeństwa przez osoby ze środowiska LGBT nie są zjawiskami rzadkimi. Do pewnego stopnia rozumiem to, bo wiem, że to reakcja na dyskryminację, szarganie godności i nierzadki przecież ostracyzm, który nas spotyka. Słuchając księdza Oko, opowiadającego brednie na temat osób homoseksualnych lub oglądając poseł Pawłowicz, bo słuchać jej się nie da, sam ulegam skrajnym, negatywnym emocjom. Nie sądzę jednak, by były one dobrą drogą do wzajemnego zrozumienia. Nie szukam Polski, w której jedni okładają innych krzyżami, a ci w odwecie atakują ich inwektywami. Szukam Polski rozumnej, która może być domem dla każdego.
Spotkały mnie również przykrości ze strony niektórych koleżanek i kolegów
z mojego środowiska politycznego. Ktoś kiedyś napisał, że nie ma w Platformie Obywatelskiej miejsca dla mnie, ponieważ Platforma Obywatelska jest dla tak wybitnych polityków, jak Jarosław Gowin i John Abraham Godson. Sugerowano mi, bym opuścił jej szeregi i wyniósł się, gdzie pieprz rośnie. Dziś nie ma w Platformie Obywatelskiej i Gowina, i Godsona, a ja jestem. I jeśli w ogóle w polityce mam jakieś znaczenie, to tylko pozostając w Platformie. Jestem solą w oku konserwatystom, którzy od czasu do czasu muszą się ustosunkowywać do moich wypowiedzi. Nie mogą mnie ignorować i udawać,
że w Polsce nie ma homoseksualistów, ponieważ są oni nawet w Platformie
i mówią o sobie głośno.
z mojego środowiska politycznego. Ktoś kiedyś napisał, że nie ma w Platformie Obywatelskiej miejsca dla mnie, ponieważ Platforma Obywatelska jest dla tak wybitnych polityków, jak Jarosław Gowin i John Abraham Godson. Sugerowano mi, bym opuścił jej szeregi i wyniósł się, gdzie pieprz rośnie. Dziś nie ma w Platformie Obywatelskiej i Gowina, i Godsona, a ja jestem. I jeśli w ogóle w polityce mam jakieś znaczenie, to tylko pozostając w Platformie. Jestem solą w oku konserwatystom, którzy od czasu do czasu muszą się ustosunkowywać do moich wypowiedzi. Nie mogą mnie ignorować i udawać,
że w Polsce nie ma homoseksualistów, ponieważ są oni nawet w Platformie
i mówią o sobie głośno.
Proces zmian jest powolny, ale nadejdzie taki dzień, w którym będę mógł powiedzieć, że moja partia współuczestniczy w budowaniu Polski nowoczesnej nie tylko w wymiarze materialnym. Większość platformersów myśli podobnie jak ja, o czym przekonałem się osobiście.
Dowiedziałem się też sporo na temat tego, jacy są nieheteroseksualni Polacy, których dzięki licznym listom i spotkaniom poznałem. Moim zdaniem, jesteśmy tak samo podzieleni politycznie i światopoglądowo jak reszta społeczeństwa. Może inaczej rozkładają się akcenty i proporcje, ale obraz podziałów jest ten sam. Być może to śmiała teza, ale wydaje mi się, że większość z nas ma dość umiarkowany stosunek do rzeczywistości, wyznaje uniwersalne wartości, marzy o monogamicznych związkach opartych na miłości i braniu wzajemnej odpowiedzialności za siebie, nie szuka przywilejów, ale uznania faktu, że jesteśmy pełnoprawnymi obywatelami Polski.
Wielu z nas czuje się upokarzanymi przez Państwo, wykluczonymi przez społeczeństwo, nieakceptowanymi przez bliskich. Wielu z nas to osoby wierzące, czasem nawet bardzo.
Wielu z nas czuje się upokarzanymi przez Państwo, wykluczonymi przez społeczeństwo, nieakceptowanymi przez bliskich. Wielu z nas to osoby wierzące, czasem nawet bardzo.
Kiedy dyskusja na temat związków partnerskich weszła w najbardziej gorącą fazę, a ja sam bardzo mocno byłem w nią zaangażowany, spotykałem się z prośbami, by już skończyć z tym tematem. Jakiś chłopak pisał mi, że on z partnerem obawia się o swoje bezpieczeństwo. Ktoś inny pisał, że sąsiedzi przestali mu się kłaniać, a on sam pragnie tylko spokoju. Takie postawy, lęki i głosy są prawdziwe, choć wielu kolegów i koleżanek
z organizacji LGBT woli udawać, że nasza społeczność to światopoglądowy monolit i jednorodny front walki o prawa gejów i lesbijek w Polsce.
z organizacji LGBT woli udawać, że nasza społeczność to światopoglądowy monolit i jednorodny front walki o prawa gejów i lesbijek w Polsce.
Nic bardziej mylnego. Żaden monolit ani jednorodny front nie istnieje. Nasze zabiegi o zmianę prawa w Polsce są słuszne, bez cienia wątpliwości. Trzeba jednak pamiętać o tym, że ta walka niesie za sobą koszty i budzi lęki nie tylko u większości społeczeństwa, ale również u tych, którzy potencjalnie są adresatami przyszłych zmian.
Dowiedziałem się również, jak wiele osób opuściło Polskę lub chce to zrobić w nieodległym czasie. Nie szukają nowego miejsca na świecie w poszukiwaniu chleba. Jadą, bo nie są w stanie znieść zaściankowości obyczajowej, hipokryzji, braku rozwiązań prawnych, umożliwiających zawieranie związków partnerskich. Wyjeżdżają ludzie młodzi, kreatywni, wykształceni. Takie historie znalazły odzwierciedlenie w bardzo pokaźnym odsetku listów, które przyszły do mnie w ostatnim roku.
Wydajemy miliardy złotych, walcząc o wzrost demograficzny, a lekką ręką pozbywamy się dziesiątek tysięcy młodych ludzi, bo nie możemy stworzyć im poczucia bezpieczeństwa i prawa, które przecież nikomu innemu nic nie ujmuje.
W tę imprezową noc rok temu wypiłem za dużo. A może dokładnie tyle, ile trzeba w Polsce wypić, by szczerze powiedzieć o sobie. Sam już nie wiem. Ale gdybym miał to uczynić jeszcze raz, zrobiłbym to bez wahania.
Pozdrawiam serdecznie
Radek Szumełda
Radek Szumełda
