Fot. Tomasz Siuda

Pięści, wrzaski, szamotanina. Odłamki szkła z potłuczonej lady i przestraszony sprzedawca. Przed kilkoma laty byłem świadkiem bardzo żywiołowej sprzeczki na jednej z ulic Ammanu. Bardzo agresywny młody mężczyzna zdemolował mały uliczny stragan. Akcja toczyła się na oczach policjantów, którzy nie interweniowali. Dla nich był to najzwyklejszy zatarg, jakich wiele. Kto wie, może ruszyliby wówczas, gdyby kłócący wykrzykiwali antymonarchistyczne hasła. Po chwili sprzedawca wycofał się z tym, co pozostało z jego kramu, a rozeźlony młody człowiek, klnąc siarczyście pod nosem poszedł w swoją stronę. Ten z pozoru mało znaczący incydent, mógł skończyć się zupełnie inaczej.

REKLAMA
Od lat na Bliskim Wschodzie kotłuje się frustracja, szczególnie wśród młodych ludzi. Wiele jest powodów ekonomicznych i społecznych ich gniewu, spotęgowanych dodatkowo długotrwałym napięciem seksualnym. Młodzi Arabowie mają ciężko, by założyć rodzinę powinni mieć pracę, a przede wszystkim wybrance zapewnić godziwe lokum, niekoniecznie pod jednym dachem z rodzicami, dziadkami i z licznym rodzeństwem i kuzynostwem. Większość z nich nie ma na to najmniejszych szans, brakuje nadziei i perspektyw, że ciężką pracą dojdą do tego etapu w życiu -jeśli już, to najczęściej imają się kiepsko opłacanych dorywczych zajęć. Pokłady złości gromadzą się od lat i co jakiś czas dają o sobie znać w postaci masowych protestów przeciwko niekompetencji, korupcji i braku pomysłu rządzących na to, jak poprawić fatalną sytuację gospodarczą.
Bywało, że złość i masowy charakter protestów zmuszał przywódców do odejścia - jak w przypadku Egiptu, niezatapialnego Husniego Mubaraka, a w Tunezji skorumpowanego Zin Al-Abidina Ben Alego, który uciekł w popłochu przed gniewem tłumów. W kwietniu tego roku, po długich i konsekwentnych protestach ustąpił wiekowy algierski prezydent Abd al-Aziz Buteflika, który był tak schorowany, że od dawna nie występował publicznie. Również wiosną tego roku, gniew demonstrantów zmusił do oddania władzy znienawidzonego Omara Baszira w Sudanie.
Po tych wydarzeniach pojawiły się komentarze, że oto nastąpiła niezwykła zmiana, wreszcie społeczeństwa bliskowschodnie przestały być apatyczne, protestujący wiedzą czego chcą i potrafią patrzeć na ręce swoich przywódców. Umieją sprawnie się organizować i podtrzymać falę protestów. Media społecznościowe, telefonia komórkowa to narzędzia, które dały niewiarygodne możliwości samoorganizacji. Dla wielu obserwatorów novum było to, że młodzi protestowali bez żadnej afiliacji religijnej czy etnicznej i nie byli pod wpływem radykalnego islamu. Przez lata był on lejtmotywem wielu protestów, a nawet doprowadził do rewolucji irańskiej w 1979 r.
Jest też bardziej niepokojące oblicze protestów. Po ustąpieniu znienawidzonego polityka, zazwyczaj fala niezadowolenia opada, tłumy mogły odczuwać chwilową satysfakcję, że odniosły zwycięstwo. Problem polega na tym, że zmiana przywódcy ma jedynie kosmetyczny charakter. Pozostaje ten sam niewydolny i skorumpowany system polityczny. Arabska Wiosna poza Tunezją nie doprowadziła do rzeczywistych reform w Egipcie, Algierii czy Sudanie, a w Jemenie i Syrii wywołała krwawe konflikty. Chociaż Internet dał opozycji niebywałe możliwości do organizacji, jednak nie przekształcił ruchu protestów w struktury polityczne, posiadające rzeczywiste narzędzia współrządzenia i kontroli.
W przypadku Syrii, Baszar al-Assad przetrwał, bo ocaliły go przed upadkiem Iran i Rosja. Odezwały się interesy regionalne i aspiracje międzynarodowe Rosji. Nie szczędzono środków i wsparcia. Odejście Baszara było nie do zaakceptowania dla Iranu, który poważnie się zaniepokoił, że utraci lądowy korytarz do Hezbollahu w Libanie, nie mówiąc już o tym, że Syria była jedynym arabskim krajem blisko współpracującym z Iranem. Teheran, sam borykający się z ogromnymi problemami, wyłożył miliardy dolarów na ratowanie swojego sojusznika. Wysłał do Syrii najlepsze kadry Korpusu Strażników Rewolucji i zaangażował Hezbollah. Podobny mechanizm zadział w przypadku Jemenu. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), zaniepokojone rozwojem wydarzeń w 2015 r wkroczyły do Jemenu. Dla Rijadu było nie do zaakceptowania, że wspierany przez Iran Ruch Huti przejmie władzę i Irańczycy będą mieli swój przyczółek wymierzony w miękkie podbrzusze monarchii saudyjskiej. Interwencja, poza tym, że doprowadziła do blisko stu tysięcy zabitych i wielkiego kryzysu humanitarnego, nie osiągnęła celów strategicznych. Kilka tygodniu temu ZEA wycofały swoje siły z trzęsawiska jemeńskiego, a osamotnieni Saudowie mimo znacznych nakładów nie potrafią doprowadzić do militarnego przełomu w walce z Hutimi, wciąż rosnącym w siłę.
Październik 2019 r. - nowa fala protestów w Libanie i Iraku. Co się dzieje i jakie to może mieć skutki?
“Czekamy na demokrację od 2003 r. do tej pory jej nie zobaczyliśmy”. Rozwścieczeni młodzi Irakijczycy mają dosyć i od dobrego miesiąca trwają protesty, jakich Irak nie widział od odsunięcia Saddama Husajna w operacji militarnej przeprowadzonej przez Amerykanów i Brytyjczyków nazwanej, nomem omen, „Iracka Wolność”. W dzisiejszych protestach, podobnie jak wcześniej, młodzi Irakijczycy wykrzykują swój gniew przeciwko skorumpowanemu systemowi politycznemu, fatalnej infrastrukturze, kiepskiej jakości wodzie, regularnych przerwach w dostawach prądu, bezrobociu i ogólnie braku perspektyw na poprawę mizernej sytuacji. Jednym z punktów zapalnych było obcesowe zwolnienie dowódcy, weterana walk przeciwko Państwu Islamskiemu, uznawanego za nieskorumpowanego i prawego.
Choć protestujący mają podobne motywacje i formę organizacji, to w przypadku Iraku pojawiły się nowe okoliczności. Można wskazać co najmniej kilka:
- obok szyitów protestują sunnici i nikt nie patrzy już na przynależność religijną, która była motorem konfliktów rozdzierających Irak po 2003 r. Iraccy szyici są równie krytyczni wobec rządu Adel Abdul-Mahdiego jak i Iranu, oskarżanego po raz pierwszy tak zdecydowanie za mieszanie się w wewnętrzne sprawy Iraku;
- władzom, jak i blisko współpracującymi z Iranem milicjami szyickimi, wyraźnie puszczają nerwy. Od początku protestujący spotkali się z ostrą reakcją. Obok armatek wodnych, gazu łzawiącego, do stłumienia demonstrantów używana jest ostra amunicja. Mimo ponad setek zabitych, tysięcy rannych, fala protestów nie opada;
- protestujących wsparł niepokorny szyicki duchowny Muktada al-Sadr. Ten charyzmatyczny populista religijny, przed laty wzniecił żywiołowe demonstracje przeciwko okupacji amerykańskiej, a teraz uważa, że Iran obok USA za dużo namieszał w irackim kotle. Kilka dni temu, duchowny z narzuconą na ramionach flagą iracką w świętym dla szyitów Nadżafie, wywołując niemałe poruszenie tłumów, nawoływał do skończenia raz na zawsze z wpływami Iranu. Jego zaangażowanie daje protestującym potężne wsparcie, kierowany przez niego ruch jest zinstytucjonalizowany i w ostatnich wyborach do parlamentu blok polityczny Al-Fatih zdobył najwięcej, bo 47 mandatów.
Iran ma się czego obawiać - niesłabnące protesty u sąsiada, a także słaby iracki premier, który najchętniej podałby się do dymisji, co dla Teheranu jego odejście wiązałoby się z chaosem i utratą kontroli. Jeszcze do niedawna iracki premier Mahdi próbował zachować równowagę pomiędzy Waszyngtonem a Teheranem, a nawet miał plan mediacji, by zakończyć niebezpieczne dla regionu napięcie pomiędzy USA a Iranem. Dzisiaj jego pozycja jest znacznie słabsza, by snuć takie plany.
Kilka dni temu, Ali Chamenei, najwyższy duchowy przywódca Iranu, dał jasno do zrozumienia, że “amerykańskie i zachodnie wywiadowcze agentury, a także pieniądze od ich regionalnych sojuszników wszczynają niepokoje w regionie”. Wielki Ajatollah dał dobrą radę rządom libańskiemu i irackiemu - by niezwłocznie zabrały się do „ustabilizowania sytuacji”.
W Libanie też sporo niepokoju. Iskrą zapalną dla protestów była propozycja opodatkowania popularnego komunikatora WhatsApp. Liban znajduje się od dłuższego czasu w poważnym kryzysie gospodarczo-finansowym o deficycie przekraczającym 86 miliardów dolarów, co stanowi 150% PKB. Nie można było odmówić sprytu politycznego libańskiemu premierowi Saadowi Harririemu, który stworzył gabinet koalicyjny i zyskał wsparcie także Hezbollahu. Nie zatopił go bardzo głośny w 2013 r. skandal z modelką w bikini, willa na Seszelach i prezenty dla kochanki sięgające 16 milionów dolarów. Pod koniec października, stojąc obliczu wzrastającej fali protestów podał się do dymisji. Nie rozwiązuje to w żaden sposób strukturalnego problemu skorumpowanej klasy politycznej i gigantycznego zadłużenia. Protesty też mają dodatkowy wymiar, po raz pierwszy tak zdecydowanie krytyczne wobec Hezbollahu jego irańskiego sojusznika.
Iran nie odpuści Libanowi i Irakowi, bo ma za dużo do stracenia, a ośmieleni protestami Irańczycy, to stanowczo za duże ryzyko. Przykład Syrii dowodzi, że Teheran gotowy jest zdecydowanie się zaangażować, bo za wiele ma do stracenia. W tej chwili sytuacja gospodarcza i finansowa Iranu jest znacznie gorsza, aniżeli jeszcze kilka lat temu. Po wycofaniu się prezydenta Donalda Trumpa z porozumienia nuklearnego, powrócił zaostrzony reżim sankcji i maksymalna presja na Iran. Obecnie Iran sprzedaje ponad 100 tysięcy baryłek ropy dziennie w porównaniu z 2,5 miliona przed zaostrzeniem kursu Waszyngtonu. Irański PKB skurczył się o 6%, a rial stracił kilkadziesiąt procent na wartości. Nie doszło do zawalenia się finansów, ale sytuacja jest trudna, by mówić o finansowym zaangażowaniu w gaszenie pożaru w Iraku i Libanie.
Nie jest to zbyt dużą pociechą dla protestujących, determinacja Iranu raczej nie osłabnie. Krew już się przelała i wiele wskazuje na to, że do tłumienia protestów wykorzystywane będą wszelkie środki, także te najbardziej radyklane. Niestety nie nastrajają optymistycznie także wyniki badań harwardzkiej naukowczyni Erici Chenoweth, która przeanalizowała ostatnie 120 lat w historii cywilnych protestów. W ostatnim dziesięcioleciu, choć obfitującym na całym świecie w różne formy cywilnego nieposłuszeństwa, w wielu przypadkach nie udało się protestującym w pokojowy sposób doprowadzić do realizacji swoich postulatów. Skuteczność cywilnego nieposłuszeństwa jest mniejsza, w porównaniu z okresem sprzed 2010 r. Według naukowczyni, reżimy autorytarne i quasi-demokratyczne obecnie znacznie lepiej potrafią poradzić sobie z protestującymi nie tylko za pomocą tradycyjnych środków przymusu, ale wykorzystując do tego Internet, dezinformację, dzieląc opozycję i ją także korumpując.
Jeśli Iranowi i Hezbollahowi puszczą nerwy może dojść niestety do wariantu syryjskiego. Zarówno Liban, który doświadczył długotrwałej wojny domowej 1975-2000 jak i Irak po Saddamie Husajnie są kruchymi politycznie państwami o chwiejnej równowadze i każdy przechył może otworzyć puszkę Pandory.