For. Radosław Fiedler

Właśnie upłynął dziesiąty dzień procesu, dziesiątki godzin argumentów oskarżycieli i obrońców. Powtarzane po wielokroć zarzuty i kontrargumenty. Jedno na razie jest pewne – proces w sprawie impeachmentu prezydenta Donalda Trumpa nie wstrząsnął jego elektoratem – wręcz przeciwnie, wydaje się że jeszcze bardziej go umocnił. W środę 5 lutego ma odbyć się głosowanie w Senacie, w którym niemal można być pewnego, że prezydent zostanie uniewinniony. Zwyciężył interes polityczny.

REKLAMA
Jedyną niedogodnością, ale do przetrawienia, wiąże się z tym, że zaplanowane we wtorek 4 lutego prezydenckie State of the Union przed obiema izbami Kongresu, będzie miało miejsce dosłownie na dzień przed kluczowym dla prezydenta głosowaniem.
Już teraz bardzo wiele wskazuje na to, że już za kilka dni, prezydent zostanie uwolniony od impeachmentu i będzie mógł rozruszać swoją kampanię. Po korzystnym dla siebie głosowaniu w Senacie może prawdopodobnie liczyć na wzrost notowań. Tak przynajmniej było po impeachmencie Clintona.
Obecny impeachment różni się od tych z przeszłości. Przede wszystkim nie doprowadził do zmiany nastawienia wobec prezydenta, nie wzbudza zbyt dużego zainteresowania i co najgorsze prawie żadnych emocji. Nie dotarł z przekazem do szerokiego grona odbiorców i na razie nie poruszył ich sumieniami.
Kiedyś impeachment prezydenta Andrew Johnsona omal nie doprowadził do jego usunięcia – upiekło mu się jednym głosem w Senacie. Prawie sto lat później, prezydent Nixon chcąc uniknąć zbliżającego się procesu w Senacie, wolał sam ustąpić z urzędu. Ostatni, czyli impeachment prezydenta Clintona – były w nim emocje, zeznania świadków i wreszcie skrucha prezydenta, który został przyłapany na kłamstwie, że „nie miał intymnych relacji z tą kobietą - Moniką Lewnisky”. Mimo, że proces wzbudził masę emocji, Amerykanie ocknęli się, że przecież z powodu kwestii obyczajowych nie powinno się usuwać prezydenta.
Od wielu miesięcy prezydent Trump i jego gorliwi zwolennicy ostro krytykują i atakują Demokratów, że urządzają polityczną hucpę, że usiłują tym „polowaniem na czarownice” przekreślić wynik wyborów w 2016 r. z którymi nadal nie potrafią się pogodzić, a powinni itd. Trump pogroził w tweecie Schiffowi, że za „jakiś czas przyjdzie mu zapłacić cenę za szkodzenie krajowi”.
Reprezentując obronę Trumpa, profesor Alan Dereshowitz zaprezentował dość kontrowersyjną interpretację, że prezydent nie nadużył władzy i żadne z jego działań nie podlega impeachmentowi. Menadżerowie impeachmentu z Adamem Schiffem kontrargumentowali. Po wielokroć powtarzając, że prezydent złamał konstytucję, a także zablokował Izbie Reprezentantów możliwość przesłuchania wielu świadków i przeanalizowania dokumentów, do których powinni mieć dostęp jako reprezentanci władzy ustawodawczej.
Ostatnia dość jak się okazała płonna nadzieja Demokratów, wiązała się z powołaniem świadków, a szczególnie bardzo liczono na zeznania Johna Boltona. Jeszcze w poniedziałek wydawało się, że wybuchła polityczna bomba. Z fragmentu jeszcze nieopublikowanej książki Boltona miało wynikać, że rzeczywiście prezydent wywierał presję na Ukrainę i miał przywrócić zawieszona pomoc wojskową, pod warunkiem śledztwa w sprawie rzekomego układu korupcyjnego Bidenów.
Ostatni dzień stycznia w głosowaniu w Senacie - stosunkiem 51-49 odrzucono możliwość włączenia do procesu świadków, a także zamknięto w ten sposób drogę do włączenia dokumentów m.in. z Departamentu Stanu. Pozostaje już bardzo niewiele czasu do środowego zakończenia procesu.
Powoli opada pył bitewny i wydaje się, że przegranymi, co mogło być do przewidzenia są Demokraci. Nie udało im się nawet głosowanie w sprawie dopuszczenia świadków. Przede wszystkim zabrakło im jeszcze dwóch głosów. Czy rzeczywiście Adam Schiff wraz z pozostałymi menadżerami impeachmentu wychodzą osłabieni? Jest nadal zbyt wiele niewiadomych by o tym przesądzać.
Pierwsza z niewiadomych wiąże się z pytaniem - czy proces, w którym nie dano możliwości wysłuchania świadków - nie zacznie mnożyć coraz więcej wątpliwości? Jego szybkie zakończenie z prawdopodobnym środowym uniewinnieniem Trumpa może dowodzić, że republikańscy senatorowie chcą całą tę sprawę szybko zamieść pod dywan. Dłuższy i pełniejszy proces niósłby pewnie zbyt wiele dla nich ryzyka, a to może rodzić poważne podejrzenia co do ich intencji. Odrzucenie możliwości wysłuchania świadków pogłębia jedynie polaryzację polityczną, w której coraz trudniej przebić się z rozsądnymi pomysłami, inicjatywami czy argumentami. Poza tym jeszcze bardziej wiąże losy GOP z Trumpem –co jest bardzo ryzykowne i może doprowadzić do poważnego kryzysu politycznego tej formacji do samych fundamentów.
Należy pamiętać, że rządy prawa czyli sądy, ława przysięgłych, oskarżyciel i argumenty obrony oraz możliwość powołania świadków to osiągnięcia amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, którego ukoronowaniem jest prawo do uczciwego procesu. Pod tym względem proces Trumpa jest wyjątkowy i to w negatywnym sensie – ponieważ jedynie do złudzenia przypomina ten prawdziwy, a w zasadzie jest jedynie jego atrapą i taka sytuacja z czasem może rodzić coraz większe kontrowersje. Nie wiadomo czy jednak w ogóle dojdzie w społeczeństwie amerykańskim do pogłębionej refleksji na ten temat. Są liczne przykłady, także z naszego podwórka, że jest to bardzo trudne zadanie.
Kolejna niewiadoma wynika z kontrowersyjnej linii obrony Trumpa – tym, że katalog jego działań się rozszerzył i nie muszą już podlegać impeachmentowi. Wciąż nie ma na to odpowiedzi – czy nie umocni to jeszcze bardziej prezydenta i to kosztem Kongresu? Czy zachwieje równowagą pomiędzy organami władzy wykonawczej, sądowniczej i ustawodawczej? Czy raczej pozostanie mało znaczącym epizodem, o którym wszyscy łącznie z Alanem Dereshowitzem chcieliby szybko zapomnieć? Czy zapomni o tym Trump po zwycięstwie w listopadzie?
To tylko niektóre z wątpliwości i pytań, a ich może pojawić się jeszcze znacznie więcej. Na razie dowodzić to może jednego, że nadal trwa kryzys instytucjonalny i szerzej liberalnej demokracji. Dowodów na to niestety nie brakuje. Choćby to, że pozornie nie mające ze sobą związku wydarzenia, a mianowicie wyznaczony datą 31 stycznia bliski koniec impeachmentu Trumpa i wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej są potwierdzeniem nie najlepszej kondycji dotychczasowego systemu norm i wartości i mogą być przejściowe – choć równie dobrze może to być okres przejściowy, po którym będzie o krok bliżej do czegoś - co nazywane bywa nieliberalną demokracją.