Fot. Grzegorz Rogiński/REPORTERFot. Grzegorz Rogiński/REPORTER

Jestem po lekturze biografii Piotra Bojarskiego o wymownym tytule „Fiedler. Głód świata” nakładem Wydawnictwa Poznańskiego. Autor opisał w niej Fiedlera, kreśląc jego barwne życie, trudne chwile i dramatyczne okoliczności. Mały Arkady ze swoim tatą Antonim, wędrowali po puszczykowskich lasach, nadwarciańskich łąkach i spośród majestatycznych rogalińskich dębów i snuli tam śmiałe plany dalekich wypraw. Właśnie tam narodziła się pasja, którą Bojarski nazwał „głodem życia”.

REKLAMA
Dziadek urodził się jeszcze w Posen w 1894 r. wówczas złowieszcza Hakata była w natarciu. Potem w jego życiu były wojny, powstanie, znacznie groźniejsza od obecnej pandemii grypa „hiszpanka” czy wreszcie ponure realia życia w stalinowskiej Polsce. Gdy przyszło po niego Gestapo, był na Tahiti. Gdyby był na miejscu prawdopodobnie zostałby rozstrzelany jesienią 1939 r. w operacji „Intelligenzaktion” tak jak dziesiątki tysięcy patriotów, nauczycieli, księży czy przedstawicieli wolnych zawodów.

Osobiste tragedie nagłe odejście ojca, z którym miał bardzo silną więź, przedwczesna śmierć córeczki Basi, rozpad pierwszego małżeństwa, problemy finansowe, zwirowania dziejowe – nie złamały go. Pozostało wielkie marzenie o dalekich wyprawach, a zrazem rozwijała się pasja czytania i pisania. Wzniósł się na wyżyny literackie, ale najważniejsze, że rozpalił wyobraźnię niemałej grupie czytelników, ba wielu ich pokoleniom. Do chwili obecnej, odwiedzający nasze muzeum z przejęciem opowiadają, że dzięki Fiedlerowi ruszyli w świat i mieli więcej odwagi by realizować swoje marzenia. „Ryby śpiewają w Ukayali”, „Kanada pachnąca żywicą” czy „Dywizjon 303” na dobre do weszły języka.
Nie chcę streszczać po kolei poszczególnych okresów życia opisanych w biografii Dziadka. Te ciekawe kąski jak jego fascynacje także kobietami – pozostawiam lekturze biografii. Jest to rzetelnie wykonana praca redaktora Bojarskiego i pokazanie nietuzinkowej postaci w różnych odsłonach, także jako seniora mającego swoje kaprysy czy humory. Te subtelnie widoczne rysy stają się nieistotne, gdy widzi się go na spotkaniach z czytelnikami i niekończących się do niego kolejek. Każdy chciał mieć dedykację Fiedlera.
Chciałem uzupełnić ten obraz o Arkadym Fiedlerze nakreślony przez Bojarskiego o moje wspomnienia o Nim. Dziadek mnie fascynował, ale także się Go trochę bałem. Barierą nie był wiek, ale słuch. Dziadek z wiekiem mając już nieco przytłumiony słuch, bardzo nie lubił jak ktoś mówił niewyraźnie albo zbyt cicho. Onieśmielał przez moment takiego małego berbecia. W ogrodzie uwielbiałem za nim biegać. Dziadek stawał w ustronnym miejscu, a ja dzięki niemu nauczyłem się siusiać na zewnątrz, był to definitywny moment zerwania z pieluchami.
Po ukończeniu szóstego roku życia mogłem już z powodzeniem uczestniczyć w dłuższych wędrówkach. Dziadek mobilizował całą rodzinę do chodzenia i w to długie trasy. Wędrowaliśmy spośród dębów rogalińskich i na nadwarciańskie łąki. Wciąż pamiętam, jak przedzieraliśmy się przez szuwary i gęstwinę by być jak najbliżej, niemal na skraju Warty. Była to ekscytująca przygoda.
Kiedyś zauważył, że niezdarnie piszę. Pewnego razu nie wiem kiedy i jak zabrał mój dziecinny zeszyt i zaczął czytać te moje wypociny. Byłem zawstydzony i speszony, ale tak pięknie je czytał a potem pochwalił, że próbuję i powinienem pisać jak najwięcej. Ukończyłem wtedy dziesięć lat.
Dziadek uwielbiał i celebrował spotkania w gronie rodziny i znajomych. Nadal słyszę dźwięk jego tubalnego głosu, energiczną gestykulację i śmiech.
Nie miała znaczenia różnica wieku, nawet jeśli była spora. Między nim, a Zygmuntem Konarskim -wynosiła ponad czterdzieści lat, a żartowali i żywo dyskutowali, jak byliby rówieśnikami. Zygmunt artysta plastyk o sumiastym wąsie wnosił koloryt, wesołość i niezwykły talent oraz pracowitość. Był autorem pierwszej rzeźby w Muzeum – indiańskiego totemu, tworzył wystawę i postawił kolejne posągi: „olmeka”, „tolteka” czy „moaia”, pierzastego węża oraz kalendarz aztecki.
Oj Dziadek też potrafił się nieźle zdenerwować i podnieść swój donośny głos. Na jednej z imprez w gronie rodziny i krewnych, w jego pracowni na poddaszu na Placu Wolności, nie wiem, dlaczego, ale wpadłem na pomysł, żeby do pustych butelkach po alkoholu wlać wodę. Przyniosłem jedną z nich i położyłem na stole. Dziadek energicznie chwycił ją i polał gościom do kieliszków. Po toaście wpadł w istny szał – patrząc na mnie nie ukrywał wściekłości. Na próżno chciałem wytłumaczyć, że butelka była już wcześniej pusta. Dziadek wstał gwałtownie i Zygmunt prosił by usiadł. Nie wiem jak to się stało, ale okulary Zygmunta znalazły się na ziemi i zostały podeptane przez Dziadka. Impreza nagle się skończyła i wszyscy z ponurymi nastrojami rozjechali się do domów.
Następnego dnia zadzwonił telefon i Dziadek przeprosił mnie za całą sytuację. Chwilę później wręczył mi list, w którym zwrócił się do mnie ciepło i nasze relacje nie ucierpiały ani przez moment. Zygmunt w czasach deficytów posklejał taśmą wypaczone okulary i był wesołym kompanem wielu kolejnych spotkań.
U kresu swego długiego życia, Dziadek lubił spacerować po ogrodzie. Pewnego dnia przechodząc przez inną jego część, omal nie wpadł do ziemianki, którą wcześniej wykopaliśmy wraz z kolegami. Na szczęście nic mu się nie stało, a mi było głupio, że takie zamaskowane przeszkody porobiłem w ogrodzie.
Jednego kwietniowego wieczoru wspólnie z Dziadkiem wypatrywaliśmy sowę. Co prawda wtedy jej nie zobaczyliśmy, ale długi czas obserwowaliśmy dziuplę w pniu starej płaczącej wierzby. Zarażał swoją ekscytacją i za każdym razem wołał mnie by obserwować dziuplę. Był to nasz rytuał.
Był człowiekiem ruchu i czynu. Jakaś magiczna siła wypychała go do kolejnych wypraw. Dla mnie wówczas były to opowieści, ale też intensywne i nieznajome zapachy i wreszcie tajemniczy kufer, w którym znajdowały się bambusy, afrykańskie rzeźby czy szczęki rekinów, które ukradkiem brałem do rąk. Miałem dzięki temu niezwykłe dzieciństwo. Opowieści, egzotyka i początki Muzeum Pracowni i On.
28 listopada upłynęła właśnie 126 rocznica urodzin Dziadka – dokładnie tyle mieli zestrzeleń myśliwcy z Dywizjonu 303.
Po latach, Arkady Fiedler wciąż fascynuje i inspiruje. Nie tylko literaturą podróżniczą, ale także pięknymi zdjęciami i niezwykłą osobowością. Zdaje się do nas ciągle mówić: nie zagłuszajcie swoich marzeń i pasji, róbcie z oddaniem to, co lubicie i co sprawia wam frajdę.
Czy jesteście gotowi na przygodę?