Trybunał działający z ramienia ONZ (powołany w 2003 roku, choć praktycznie funkcjonujący dopiero od lipca 2006 roku), mający osądzić najwyższej rangi przywódców odpowiedzialnych za ludobójstwo w Kambodży, ogłosił wczoraj, że leng Thirith 'Pierwsza Dama' reżimu, minister 'spraw socjalnych' (była jedyną kobietą w ścisłym kierownictwie) Czerwonych Khmerów została uznana za 'niezdolną do odpowiadania przed sądem' i dzisiaj prawdopodobnie będzie zwolniona z aresztu.
REKLAMA
Sąd uznał, że osiemdziesięcioletnia Thirith najprawdopodobniej cierpi na Alzheimera, tym samym nie może być postawiona przed sądem. W listopadzie 2011 roku trzem dowódcom Czerwonych Khmerów - Nuon Chea (główny ideolog reżimu), Khieu Samphan (były prezydent Kambodży) i Ieng Sary (były minister spraw zagranicznych) - postawiono zarzut zbrodni przeciwko ludzkości. Wszyscy twierdzą, że są niewinni. leng Thirith jest żoną Sary'ego i szwagierką Pol Pota. Zgodnie z orzeczeniem trybunału: "W najbliższej przyszłości nie ma szans na postawienie oskarżonej przed sądem. Eksperci potwierdzili, że wyczerpano wszystkie możliwości leczenia, a upośledzenie zdolności poznawczych oskarżonej jest prawdopodobnie nieodwracalne". W oświadczeniu trybunał podkreślił, że zwolnienie Ieng Thirith z aresztu nie oznacza, iż zarzuty wobec niej zostaną wycofane i nie przesądzają o jej winie lub niewinności. Trybunał będzie co rok konsultował się z lekarzami na temat stanu jej zdrowia w nadziei na to, że postępy w medycynie umożliwią postawienie jej przed sądem. Do tego czasu Ieng Thirith ma zakaz opuszczania kraju oraz kontaktowania się z innymi oskarżonymi z wyjątkiem jej męża, byłego ministra spraw zagranicznych Ieng Sary'ego.
W kwietniu 1975 roku uzbrojeni kambodżańscy radykałowie, znani jako Czerwoni Khmerzy, wkroczyli do Phnom Penh, stolicy Kambodży i w ciągu niecałych dwudziestu czterech godzin ewakuowali całe miasto. Tak rozpoczął się trwający ponad cztery lata reżim Komunistycznej Partii Kambodży (CPK) pod dowództwem Pol Pota, w trakcie, którego ponad 1,5 miliona ludzi zmarło z niedożywienia, przepracowania oraz braku elementarnej opieki medycznej, a około 200 tysięcy osób zostało zamordowanych. W przybliżeniu, co piąty Kambodżanin umarł w bezpośrednim lub pośrednim efekcie polityki Czerwonych Khmerów. Dotychczas skazano na więzienie tylko jednego z przywódców, Kaing Guek Eav - towarzysza 'Duch', sadystycznego dyrektora tajnego więzienia Czerwonych Khmerów S-21, w którym przez cztery lata zginęło co najmniej 14 tysięcy "wrogów stanu". Pol Pot umarł w swoim domu, we śnie. Czerwoni Khmerzy jeszcze przez piętnaście lat po dokonaniu ludobójstwa, wszak pod zmienioną nazwą (Demokratyczna Republika Kampuczy), ale zawsze, zasiadali w ONZ.
Termin ludobójstwo (prawnie: 'zbrodnie przeciwko ludzkości') a konkretnie genocide, wprowadził polski prawnik Rafał Lemkin pod koniec II wojny światowej. Do języka prawnego wszedł za sprawą Konwencji ONZ w sprawie Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa podpisanej 9 grudnia 1948 roku. Artykuł II Konwencji definiuje ludobójstwo jako czyn "dokonany w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych". A konkretnie:
"a) zabójstwo członków grupy,
b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,
c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,
d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,
e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy."
b) spowodowanie poważnego uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia psychicznego członków grupy,
c) rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego,
d) stosowanie środków, które mają na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy,
e) przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy."
W pierwotnej wersji Konwencji z 1946 r. definicja ta obejmowała również zbrodnie popełnione z przyczyn politycznych, lecz zostały one usunięte ze względu na naciski m.in. Związku Radzieckiego. Obecnie jednostką odpowiedzialną za ściganie i osądzanie osób podejrzanych o dokonanie 'zbrodni przeciwko ludzkości' jest Międzynarodowy Trybunał Karny.
Nie wiem jak ustosunkować się do zwolnienia leng Thirith. Z jednej strony trybunał działał zgodnie z tak zwaną 'literą prawa' (cokolwiek to dzisiaj znaczy), więc nie sposób temu orzeczeniu niczego zarzucić, z kolei z drugiej strony warto zadać pytanie dlaczego tyle czekano by ją w ogóle oskarżyć? W historii powojennej Europy jak na razie jedynym 'skutecznym' (w sensie rzeczywiście orzekającym o winie i skazującym) trybunałem osądzającym zbrodnie przeciwko ludzkości, był Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze. Ten z kolei do dziś posiada dość ambiwalentny status moralno - prawny, co szczególnie dobitnie ukazała w swoim reportażu z procesu Adolfa Eichmanna Hanna Arendt w książce 'Eichmann w Jerozolimie'. Fakt ten dowodzi według mnie niemożliwości dotrzymania przez Zachód post-holokaustowej obietnicy, że 'nigdy więcej' nie dopuścimy do takich potworności. Tym samym ukazuje to utopijność wiary w możliwość zapobiegania ludobójstwu, osądzania osób odpowiedzialnych i co najgorsze, bo najbardziej tragiczne, klęski idei praw człowieka, tak silnie wpisanej w mit założycielski Europy najpierw w formie ideologiczno-moralno-teoretycznej czego wyrazem był humanizm, a po Rewolucji Francuskiej - prawno-politycznej. Skoro powołujemy kodeksy prawne, instytucje, organizacje, które mają stać na straży by nikt nie dopuścił się zbrodni przeciwko ludzkości i właściwie od prawie siedemdziesięciu lat, zbrodnie te mają miejsce i nic nie jesteśmy w stanie zrobić by im ani zapobiec ani wyznaczyć karę za ich popełnienie, to na czym polega sens ONZ, praw człowieka i idei Europy w ogóle? Wiem, że pytanie naiwne, bo zaraz ktoś rzuci we mnie argumentem, że to nie jest takie proste, że polityka, że ekonomia i wpływy innych krajów blah, blah, blah. Ale co właściwie znaczą takie argumenty poza próbą ukrycia pod kołderką demagogii, współczesnej ekonomii i asekurantyzmu etycznego, wszechogarniającej Zachód (nie tylko w tej kwestii) bezsilności? Współczesna idea prawa (podobnie jak ekonomia) zaczyna przypominać Uroborosa - antyczny symbol węża zjadającego swój własny ogon.
Charles Taylor, były prezydent Liberii, zbrodniarz wojenny odpowiedzialny za wojnę domową w Sierra Leone (podobną do tej w Kambodży tylko bardziej brutalną), w maju tego roku został skazany na pięćdziesiąt lat więzienia. Czy pięćdziesiąt lat to odpowiednia kara za spowodowanie śmierci kilkuset tysięcy ludzi? Breivik za zabicie z zimną krwią siedemdziesięciu osób dostał najwyższą karę w systemie prawnym Norwegii, dwadzieścia jeden lat więzienia. Z kolei przykładowo takie stany jak Teksas, Oklahoma, Południowa Karolina, Montana, Luizjana, Georgia dopuszczają karę śmierci już w przypadku gwałtu na nieletnich. Czy są to adekwatne kary do zbrodni? Co to w ogóle znaczy adekwatna kara do zbrodni i jak ją zmierzyć? I tu pojawia się kolejny dylemat związany z osądzaniem i karaniem zbrodni przeciwko ludzkości: czym w tak ekstremalnych przypadkach jak ludobójstwo może być zadośćuczynienie? Dlatego może i dobrze, że leng Thirith nie stanie przed sądem, bo czy kara więzienia lub nawet kara śmierci zadośćuczyniłaby którekolwiek z ofiar reżimu Czerwonych Khmerów? Może tu leży problem z karaniem zbrodni przeciwko ludzkości? Kultura europejska, jako kolebka zachodniego Prawa (pisanego wielką literą, bo oczywiście wszystkie inne kulturowo 'prawa' są barbarzyńskie), nie tyle nie jest w stanie ogarnąć ludobójstwa jako przestępstwa, co nie wytworzyła możliwości jego zadośćuczynienia. Oczywiście nikt się do tego nie przyzna, bo runęłoby wtedy nasze cywilizowane poczucie wyższości, że jesteśmy strażnikami nowoczesnej sprawiedliwości, więc ani reguła 'ząb za ząb' ani przebaczenie nie wchodzą w grę, bo są zbyt naiwne, bo te reguły stosują 'te prymitywne' kultury. I tak karuzela będzie się dalej kręcić, a wąż dławić się własnym ogonem.
A może odpowiedź na pytanie dlaczego jeszcze (poza jednym wyjątkiem) nie osądzona żadnego z przywódców Czerwonych Khmerów (i w ógole problemów z osądzaniem zbrodnii przeciwko ludzkóści) jest bardziej złowieszcza i praktyczna (co wielokrotnie w dzisiejszych czasach idzie w parze) a związana jest m.in. z panem En. Kariera pana Nhem En zaczęła się w 1970 roku, gdy jako dziewięciolatek został zwerbowany do objazdowej orkiestry Czerwonych Khmerów. Grał na bębenku. W wieku szesnastu lat partia wysłała go do Chin na siedmiomiesięczny kurs fotografii. Po powrocie został naczelnym fotografem więzienia S-21 w Tuol Sleng. Pan En jest autorem większości zdjęć ofiar tego więzienia, dziś wiszących w gablotach Muzeum Zbrodni Ludobójstwa w Phnom Penh. Ich wzrok, tak boleśnie wpatrzony w widza, był tak naprawdę skierowany w jego stronę. W wywiadzie dla New York Times tak opisał swoje doświadczenia:
"Przyprowadzano ich z zawiązanymi oczami, musiałem zdjąć im opaski by zrobić zdjęcie. W pomieszczeniu byłem tylko ja, więc z całego personelu tylko mnie widzieli. Pytali: Dlaczego mnie tu przywieziono? O co jestem oskarżony? Co zrobiłem złego? Lecz ja nic nie odpowiadałem, tylko mówiłem by patrzyli prosto przed siebie, by nie opuszczali głowy. Tylko to mówiłem. Musiałem to mówić by zdjęcie dobrze wyszło. Potem zabierano ich do sal przesłuchań. Obowiązkiem fotografa było tylko robić zdjęcia."
W 1997 roku zorganizowano wystawę zdjęć ofiar S-21 w MoMA w Nowy Jorku. O ile muzeum w Phnom Penh, jako równocześnie muzeum pamięci oraz dosłownie miejsce pamięci, sprawdza się w roli narzędzia przy pomocy, którego widz może zaświadczyć o tragedii, o tyle wystawa zorganizowana w MoMA już mniej. Poprzez wstawienie zdjęć ofiar w ramy wpływowego zachodniego muzeum, zdjęcia stały się sensu stricte artefaktami, a nie śladami autentycznych wydarzeń. Poza tym, wystawiono jedynie 20 zdjęć, czym zatem kierował się kurator tej wystawy w doborze zdjęć? Na stronie internetowej Yale zeskanowano prawie 40.000 zdjęć ofiar S-21. Można te zdjęcia obejrzeć poprzez niekończący się pokaz slajdów. Przygotowując się do tego tekstu uznałem, że przekopiuje kilka zdjęć w celu umieszczenia ich w tym wpisie. Gdy zaczął się slideshow kopiowałem wszystkie po kolei, lecz wkrótce zacząłem kopiować wybiórczo, kierując się....no właśnie czym? Względami estetycznymi, tzn. wybierałem te zdjęcia, które były najbardziej ciekawe wizualnie czy wstrząsające. Podobny mechanizm zaobserwowałem zwiedzając samo więzienie i dokumentując je aparatem fotograficznym. Pstrykałem wybiórczo. Muzeum w Phnom Penh jest bądź co bądź atrakcją turystyczną, musi przyciągać zwiedzających 'obietnicą niepowtarzalnego doświadczenia' jak czytamy w przewodniku. Eksponaty poza upamiętnianiem tragicznej historii Kambodży, muszą szokować, zaciekawiać, być na równi godne obejrzenia co leżące kilkaset kilometrów dalej Angkor Wat. Sąd i zadośćuczynienie zabiłyby wydajność (sprzedajność) tej potwornej historii.
