„Ona ma po prostu ubogie życie wewnętrzne” – poinformował mnie rzeczowo syn w odpowiedzi na pytanie, które zadałem jego siostrze, zwróciwszy uwagę, że po raz kolejny nie uczestniczy w modlitwie, którą zazwyczaj uskuteczniamy przejeżdżając obok wiejskiej kapliczki rowerami w drodze do domu. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Bruno ma 6 lat a ta niezwykle celna odpowiedź doskonale sportretowała różnicę miedzy moim potomstwem. Sęk w tym, że przy okazji uświadomiłem sobie coś jeszcze: dzieciństwa w takim rozumieniu, jak ja je pamiętam, już nie ma.
REKLAMA
Świat dziecka uległ gruntownej zmianie i z tym, który pamiętamy, ma już niewiele wspólnego. I bynajmniej nie chodzi o to, że w historię o św. Mikołaju nie wierzą już 5-latki. Ważniejszy jest zanik naiwnego świata dziecka pełnego irracjonalnych marzeń i bajkowych światów. Współczesne dziecko takiego komfortu nie ma. Wraz z uzyskiwaniem świadomości samego siebie, rozpoczyna ekspresowe poznawanie popędowych sprężyn mechaniki społecznej, logując się w obieg konsumpcyjnego społeczeństwa szybko i chętnie. W ramach tej przyspieszonej absorpcji dorosłego świata dewaluują się fetysze naszego własnego dzieciństwa. I choć nadal chłopcy zbierają samochody, a dziewczynki lalki, to istota ich wzajemnych interakcji uległa zasadniczej zmianie. Anno Domini 2011 dzieci to w zasadzie pełnoprawni uczestnicy konsumpcyjnego rynku z tą jedną różnicą, że nie dysponują własnym budżetem zakupowym. Ale jeśli uwzględnimy, że mają niejaki wpływ na wydatki rodziców, dziadków a w stosownych okazjach również szerszej rodziny, kierowanie do małych odbiorców przekazu marketingowego staje się posunięciem nie tylko celowym, ale i perspektywicznym. Tym samym domowa dyskusja o tym czy reklama jest fajna lub o tym, że produkt silnie reklamowany bywa rozczarowujący, nie jest już dzisiaj niczym zaskakującym. Co ciekawe, wielokrotnie dzieci i rodzice rozstrzygają zalety i wady produktów jak prawdziwi partnerzy. I nie dotyczy to już wyłącznie soku czy czekolady, ale odnosi się coraz częściej do komputera, telefonu czy innego urządzenia. I przede wszystkim dzieje się to coraz wcześniej.
Ale w tym cała perfidia współczesnego świata konsumpcji: dziecięcy zestaw narzędzi dla chłopców: Black&Decker, sprzęt kuchenny w miniaturowym królestwie przyszłej pani domu: Bosch. Świadomość marek u dzieci pojawia się bardzo wcześnie, co więcej buduje się często zupełnie poza świadomością rodziców. Powyższe najlepiej portretuje sytuacja, która przydarzyła mi się osobiście. W 2007 roku wycieczka dzieci w wieku przedszkolnym gromadzi się wokół samochodu biorącego udział w promocji Vistuli&Wólczanki. Jeden z opiekunów zwraca się do nauczycielki: „Ale ta Vistula ma fajne Porsche”. „To Ferrari!” – natychmiast prostuje jeden z malców. „Skąd wiesz?” - dopytuje się dorosły. „Jak to skąd?!” - dziwi się malec, „przecież widać konika!”
Tym samym cavallino rampante - ów wierzgający czarny koń na żółtej tarczy, był dla maluchów absolutnie oczywistym symbolem legendy motoryzacji. Powyższe oczywiście za sprawą niezliczonej masy piórników, kubków i logowań na nieskończonej ilości dziecięcych produktów. Co ciekawe, włodarze kultowej marki z Modeny działali z premedytacją. Czując na plecach oddech najbliższego konkurenta – Porsche, zadbali o nowy rynek i dokonali klasycznej ucieczki do przodu. Dzięki temu firma, która jeszcze w 1997 roku była aż, a z drugiej strony „tylko”, legendą motoryzacji, dzisiaj po 15 latach inwestowania w dzieci stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie.
Być może nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, w jakim stopniu nasi milusińscy są świadomie wybranym „targetem” i to nie tylko do celów brandotwórczych. Znany nam wszystkim Shrek dokonał redefinicji bajki: dzięki drobnym zabiegom stała się ponownie współcześnie atrakcyjna, ale warto zastanowić się na tym dlaczego. To nie wprowadzenie slangu dodało jej atrakcyjności. Z bajki zostało tylko opakowanie. Sprężyna akcji jest dokładnie taka sama, jak w dowolnie wybranym sensacyjnym filmie. Jest również umiejętnie dawkowany sex, co utwierdza maluchy w przekonaniu, że fizyczna atrakcyjność, jeśli nawet nie pomaga, to już na pewno nie szkodzi. Wspólne wybuchy śmiechu dorosłych i dzieci na widowni dowodzą jednocześnie, że przekaz stał się uniwersalny, a tak niewinna dziecięca czynność jak nękanie pytaniem „daleko jeszcze?” jest narzędziem celowej perswazji w rękach pasażera tylnego siedzenia.
Shrek udowodnił coś jeszcze: relacja małych i dużych zunifikowała się również w obszarze języka, o czym najlepiej przekonuje lektura nowoczesnych książeczek dla naszych milusińskich. Choćby cykl „Mała książeczka o…” rozjaśni niejedno tabu w stylistyce odległej o lata świetlne od barokowych opisów z baśni Andersena. I oczywiście nie idzie o to, że dzieci apriori odrzucają regularną stylistykę bajki. Ale szybko nabierają świadomości, że to w zasadzie anachronizm całkowicie niespójny z dzisiejszym światem. I jako argument zamykający dyskusję warto by przytoczyć dział dziecięcy w sklepach ZARA. Nie znajdziemy tam choćby ułamka bajkowego kodowania. Po prostu nie jest potrzebne. Maluchy doskonale odnajdują się w rzeczywistości stylizacji, setów i propozycji biżuterii podanych dokładnie tak samo jak dorosłym. W każdym obszarze funkcjonowania dziecka jest już w zasadzie podobnie. Kod konsumpcyjny został zunifikowany. Na bajkę nie ma miejsca. Zastąpił ją Spiderman korzystający z archetypicznej walki dobra ze złem prezentowanej we współczesnym opakowaniu. W tym kontekście królewicz, jeśli nie jest gigolo a’la shrek, jest po prostu passe.
I w zasadzie pozostaje tylko jeden obszar, na który współczesna komunikacja nadal nie ma, ale i chyba nie chce mieć, wstępu. Owym obszarem jest wiara. Ewangelizacja ery cyfrowej w zasadzie nie istnieje, a osiągnięcia Arki Noego to już całkowicie zamierzchła przeszłość. Można by nawet odnieść wrażenie, że kult umocnił się wręcz w swoim podstawowym szkielecie wychodząc zapewne z założenia, że to nie wiara ma się naginać do ludu, ale lud do wiary. I byłoby w tym nawet sporo racji, gdyby nie takie inicjatywy jak biblia pauperum, które dla zrozumienia chrystusowej wiary zrobiły setki lat temu więcej niż pisma mistyków. Ówczesna dysfunkcja ewangelizacyjna wynikała z analfabetyzmu; dzisiejsza - z sublimowanej z powietrza gnozy.
Jeśli społeczeństwo ery cyfrowej nie dorobi się cyfrowej ewangelizacji, zwiędnie. Bólu istnienia nie zagłuszy przecież kolejna promocja a bark uzasadnienia dla sinusoidalnego z natury życia może się okazać nie do zniesienia. W opisywaniu świata takim, jaki jest, celują wszyscy a w program prostowania zakrętów na drodze dzieci wpisuje się współczesne państwo, dla którego mały obywatel jest swego rodzaju fetyszem. W zabiegach o dobrobyt dziecka zapalczywie zwalcza się wszelkiej maści presje, tłumacząc małym niezmordowanie, że wszyscy są równi.
Ale przecież pewnego dnia, społeczeństwo składać się będzie głównie z produktów dzisiejszej epoki. Przekonanych, że wszystko się jakoś ułoży, ktoś pomoże a państwo tak czy inaczej o wszystko zadba. Ale może się okazać, że ta era skończy się bezpowrotnie i to właśnie wtedy, gdy strukturę społeczną wypełnią dzisiejsi starzy malutcy.
A wtedy może się okazać, że w zderzeniu z niepowodzeniami, walką o byt jutrzejszy, dorośli będą sami. Bezbronni wobec niewiadomej, przygwożdżeni brakiem nadziei na poprawę sytuacji. Świat zapewni im w dużej obfitości terapię i psychotropy.
I pewnie się okaże, że poczciwa wiara w cuda przydałaby się znacznie bardziej.
