Burza wokół ministry Muchy nie ustaje. Komentatorzy jednak coraz rzadziej zadają pytanie, czy miała prawo do żeńskiej wersji swojego stanowiska, a coraz częściej spierają się, o jaką wersję mogła prosić. Toczą się więc dyskusje: ma prawo do ministry, ministressy, czy tylko do ministerki?
REKLAMA
W tym tonie rozgorzał spór pomiędzy Wandą Nowicką, filolożką klasyczną, a doktor Katarzyną Kłosińską, filologiem polskim. Obie panie spierają się o żeńską końcówkę „ka” – czy jest równie dobra co męska, czy jednak czasem trzeba posiłkować się łaciną. Jeśli równie dobra, jak twierdzi filolog, to Joannie Musze przysługuje co najwyżej ministerka. Jeśli jednak nie, za czym opowiada się filolożka, to można zapożyczyć z łaciny ministrę. Zainteresowanych szczegółami sporu odsyłam do źródła: link
Większość komentarzy wokół życzenia Joanny Muchy wciąż pozostaje w tonie prześmiewczym. Jeden z nich, napisany przez redaktora Magierowskiego, był jednocześnie tak zabawny, że polecam do przeczytania w wolnej chwili. I choć merytorycznie zupełnie się z nim nie zgadzam, to przy odrobinie dobrej woli i poczucia humoru, w tekście Magierowskiego można dostrzec argumenty, które pomogą rozstrzygnąć spór pomiędzy filolożką a filologiem. Znajdziemy w nim odpowiedź, dlaczego żeńska końcówka „ka” nie zawsze jest tak dobra jak męska: link
O tym, że spór wokół życzenia Joanny Muchy wszedł w inną fazę, świadczy też zmiana stanowiska największego jej adwersarza, profesora Jerzego Bralczyka. Wcześniej nazywał ministrę gwałtem na języku, ale we wczorajszym wywiadzie dla Faktów stał się o wiele bardziej wyrozumiały. Stwierdził, że generalnie nie ma znaczenia, czy użyjemy formy minister czy ministra, ważne natomiast jest, by do kobiet zwracać się grzecznie, z szacunkiem i sympatycznie. Celna uwaga, panie profesorze!
Niniejszy tekst jest kontynuacją wpisu Kibicuję ministrze Musze.
