
Religia wypadła z pierwszej piątki najważniejszych dla Polaków wartości. Jeszcze w 2007 roku zajmowała wraz z wykształceniem piąte miejsce, zaraz za rodziną, dziećmi, pracą i przyjaciółmi. W badaniu z 2012 roku wykształcenie pozostało na piątym miejscu, a religia zajęła dopiero siódme, ustępując pola jeszcze czasowi wolnemu. Te wyniki pochodzą z najnowszych badań Centrum Myśli Jana Pawła II.
REKLAMA
Spadek religijności Polaków widać również w innych badaniach. W ostatnich latach coraz rzadziej bierzemy udział w nabożeństwach i modlimy się. Dodatkowo ateiści zaczęli głośno mówić o swoim istnieniu, a nawet odważyli się rozwieszać billboardy.
Prawdopodobnie z zaniepokojenia tymi tendencjami wyniknął najnowszy pomysł episkopatu. Co zrobić, by religia znów dorównała wykształceniu w hierarchii wartości Polaków? Wprowadźmy ją na maturę. Według biskupów pozwoli to w większym stopniu „na kształtowanie w absolwentach szkół ponadgimnazjalnych integralnej wizji świata”. Sprawa jest omawiana podczas posiedzeń Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu.
Minister Boni na propozycję episkopatu odpowiada dyplomatycznie, że na dziś jest to trudne i nie ma gotowego rozwiązania, ale przeprowadzi dokładną analizę problemu i poszuka takich rozwiązań, które ułatwią maturzystom wstęp na studia teologiczne. Z kolei Stefan Niesiołowski, polityk PO, wypowiada się już bardziej jednoznacznie: „Osobiście jestem za. Bo co to komu szkodzi? Przecież jak ktoś chce zdawać religię na maturze, to dlaczego ma nie zdawać? W czym ten przedmiot jest gorszy od geografii? W tym temacie, jeśli będzie taka dyskusja w Sejmie, będę się wypowiadał bardzo stanowczo za wprowadzeniem takiego rozwiązania”.
Spróbuję zmierzyć się z rzeczową argumentacją posła Niesiołowskiego, uważam bowiem, że wprowadzenie religii na maturę nie jest dobrym pomysłem. Dlaczego?
Po pierwsze religia na maturze będzie stanowiła dodatkowe obciążenie dla budżetu państwa, czyli dla nas wszystkich. W praktyce oznacza to zwiększenie skali finansowania Kościoła katolickiego, która i tak jest ogromna, a w najbliższym czasie zostanie jeszcze powiększona poprzez likwidację Funduszu Kościelnego i umożliwienie odprowadzania 0,3% podatku na związki wyznaniowe. Wstępne wyliczenia wskazują, że wprowadzenie odpisu podatkowego będzie bardzo korzystne finansowo dla Kościoła, o czym pisaliśmy wraz z dr. Piotrem Krajewskim w komentarzu dla Dziennika Gazeta Prawna z dn. 28.03.2012.
Po drugie wprowadzenie religii na maturę pogłębi dyskryminację osób niewierzących, niezdeklarowanych oraz przedstawicieli innych wyznań, których w danej szkole nie uzbierało się tylu, by zorganizować dla nich osobne lekcje. Te grupy już teraz są w gorszej sytuacji, bo na ogół nie mogą uczyć się o etyce, ateizmie czy na temat swojej niszowej wiary. System organizowania lekcji religii w polskich szkołach stygmatyzuje mniejszości. Teoretycznie jest równość dla wszystkich wyznań i nawet dla etyki. Ale w praktyce wymóg uzbierania się minimum 7 osób powoduje, że w przytłaczającej większości przypadków próg ten przekracza tylko religia katolicka. A w tych sprawach powinno być wszystko albo nic - jeśli już religia jest obecna w szkole, to powinien mieć do niej prawo każdy wierny należący do jakiegokolwiek Kościoła zarejestrowanego w Polsce, nawet jeśli w danej szkole jest sam. Dobrze byłoby, gdyby również osoby niewierzące miały wybór. Na temat ateizmu, etyki, humanizmu można opracować wartościowe i obszerne programy zajęć szkolnych. W obecnym systemie edukacji w szkołach obecna jest właściwie tylko religia katolicka, a wprowadzenie jej na maturę pogłębi stygmatyzację uczniów niechodzących na religię.
Po trzecie wprowadzenie religii na maturę będzie jakościową zmianą egzaminu dojrzałości. Do tej pory można było go zdawać z przedmiotów mających status nauki lub co najmniej zorganizowanego systemu dobrze udokumentowanej wiedzy. Religia natomiast z nauką i wiedzą ma niewiele wspólnego, a historia pokazuje, że nieraz tym sferom było zupełnie nie po drodze. Wreszcie wprowadzenie religii na maturę prowadziłoby do tego, że maturzysta musiałby przygotowywać różne odpowiedzi na te same pytania. Jednego dnia, podczas zdawania biologii, na pytanie „jak powstał człowiek” cytowałby teorię ewolucji. Drugiego dnia z kolei, podczas zdawania religii, musiałby opowiedzieć się za biblijną wersją stworzenia lub przytoczyć słowa obecnego papieża: „nie jesteśmy przypadkowym, bezsensownym produktem ewolucji. Każdy z nas jest owocem myśli Boga”.
Na koniec warto dodać, że episkopat, oprócz konieczności „kształtowania w absolwentach szkół ponadgimnazjalnych integralnej wizji świata”, powołuje się także na dyskryminację w obecnym systemie edukacyjnym przyszłych studentów teologii. Muszą oni bowiem zdawać dodatkowe egzaminy, a po wprowadzeniu religii na maturze droga na studia stanęłaby dla nich otworem. Zastanawia mnie jednak, dlaczego biskupi nie ujmują się równie żarliwie za kandydatami na uczelnie plastyczne, muzyczne, czy za najbardziej pokrzywdzonymi maturzystami zdającymi na AWF?
O minusach religii na maturze można by jeszcze długo pisać. Z kolei zwolennicy takiego rozwiązania zapewne również mogliby przytoczyć wiele argumentów za. Oś owego sporu przebiega wokół podstawowego pytania: czy warto zacieśniać związek Kościoła i państwa, czy też lepiej dążyć do niezależności tych instytucji. Jeśli chcemy być państwem wyznaniowym, to religia na maturze jest na pewno kolejnym krokiem w tym kierunku. Jeśli jednak opowiadamy się za byciem państwem świeckim, równo traktującym wszystkie wyznania i ich brak, to nie tylko religia nie powinna trafić na maturę, ale również powinna wyjść ze szkół. A jeśli już ma tam być, to z poszanowaniem praw wszystkich mniejszości religijnych, ateistów i osób niezdeklarowanych, które również powinny mieć prawo do zajęć z humanizmu czy etyki. Dziś te grupy są dyskryminowane, bo widzą, że w Polsce właściwie tylko katolicy mają prawo do uczenia się na temat swojej duchowości w szkole. A wprowadzenie religii na maturę tylko ten stan pogłębi.
