Chciałbym podzielić się z wami książką, która utkwiła mi w głowie. Szarą, niepozorną, z nieznanym mi skandynawskim nazwiskiem Patterson na okładce (chociaż artysta w rzeczywistości jest Amerykaninem).
REKLAMA
Byłem w Paryżu na targach książki fotograficznej. Tym razem już bez szaleństwa w oczach, ze spokojem starałem się przemieszczać od stoiska do stoiska i wyłowić coś wśród autorskich niskonakładowych zinów, których zbyt dużo ostatnio, czy książek przerośniętych formalnie (jak mówi Tapir: "próbników papieru").
I nagle jest. Redheaded Packerwood. Leży sobie spokojnie na soliku wydawnictwa Mack (obok najnowszej książki duetu B-C, na którą mnie nie stać). Sam nie wiem, dlaczego, ale sięgam po nią, zaczynam kartkować i całkowicie się w nią zapadam. Chociaż wciąż nie wiem, o co chodzi. Zdjęcie rozjechanego śniegu, zgnieciony kanister po oleju, jakaś notatka, wklejony list, zniszczona fotografia. Na końcu krótki tekst wyjaśniający, bez którego książka i tak jest kompletna. Gromadzenie dowodów może zbrodni, może przebytej drogi, szukanie tropu, to dla mnie mniej istotne.
Po prostu nie mogę się oderwać, chociaż nic tu nie krzyczy, nie zwala z nóg i nie rzuca się do gardła. Wszystko ascetycznie podane, prosto, bez fotograficznych i dizajnerskich sztuczek. Nie opowiem tej książki, ponieważ po pierwsze nie potrafię, a po drugie zepsułbym wam przyjemność pierwszego przekartkowania. Moje odbywało się między szturchnięciem łokciem a kopnięciem w łydkę. Warto było.
