
Aż 137 tys. imigrantów przybyło przez Morze Śródziemne do Europy w pierwszych miesiącach 2015 r. Oznacza to niezwykły wzrost w stosunku do tego samego okresu roku poprzedniego. Czy to powód do niepokoju, czy może raczej konieczność związana z końcowym etapem epoki, w której żyjemy?
REKLAMA
Morze Śródziemne – nazywano przed wiekami „naszym morzem”. Oznaczało to nic innego, jak przestrzeń cywilizacyjną powstałą dzięki Grekom, Rzymianom i tradycji judeochrześcijańskiej. Im bliżej M. Śródziemnego – tym bliżej cywilizacji – tak było kiedyś, tak jest poniekąd i dzisiaj. Ale tylko poniekąd.
Imigranci przedostający się do Europy przez „nasze morze” na prowizorycznych tratwach, łodziach i promach to w większości uchodźcy z tych części Afryki, które ogarnięte są konfliktami zbrojnymi. Na nasz kontynent przedostają się również uchodźcy z Syrii, Afganistanu oraz Iraku.
Bezpośrednio problem uchodźców dotyka Włochów i Greków, ale musi sobie z nim poradzić cała Europa. Jednak nastawienie mieszkańców zjednoczonej Europy nie jest zbyt optymistyczne w kwestii przyjmowania imigrantów. Brak zadowolenia i akceptacji w tej materii wyrażają niektórzy politycy, wyrażają to również użytkownicy portali społecznościowych – również w Polsce.
Nie powinno nas dziwić, że Morze Śródziemne staje się bramą do lepszego życia dla imigrantów, życia w pokoju i względnym dobrobycie. Należy sobie postawić pytanie czy Europa nie płaci teraz ceny za swoje działania polityczne, gospodarcze i militarne – albo za bierność.
Należy zadać sobie również pytanie, czy imigracja nie jest również konsekwencją zmian kulturowych i cywilizacyjnych, które dokonują się na naszych oczach. Skoro cywilizacja europejska jest w fazie schyłkowej, to co powstanie w jej miejsce? Według wielu ekspertów może zadecydować o tym czynnik chiński lub arabski.
Zdaniem prof. Marcina Tkaczyka z KUL, przyczyn schyłkowego okresu naszej kultury i cywilizacji należy szukać zwłaszcza w katastrofie moralnej, która zaistniała poprzez dwie wojny światowe w XX w. - Być może płacimy jakiś duchowy dług także za epokę kolonializmu. Trudno tutaj o stanowcze wypowiedzi, ale coś pękło. Tego typu dramatyczne zdarzenia nie zostają bez konsekwencji - twierdzi filozof.
- Nasz świat przeżywa ewidentnie fazę schyłkową. To, co nastanie potem, jest już głęboką spekulacją, bo rolę odegrają liczne czynniki. Poprzez sceptycyzm, także duchowy, stajemy się coraz bardziej dalecy kulturze. Pewne jest, że jako ogół, jako społeczeństwo - nie myślimy i nie odczuwamy tak, jak twórcy naszej cywilizacji – podkreśla prof. M. Tkaczyk.
Jednak schyłek naszej cywilizacji nie oznacza końca świata. W kulturze dokonują się ogromne przeobrażenia, a efekty zmian będą następować powoli, ale konsekwentnie. Już całkiem szybko może się okazać, że świat, który znaliśmy – przestaje istnieć.
Na przeobrażenia cywilizacyjne trzeba być przygotowanym. Ale należy odrzucać skrajny sceptycyzm i frustrację. Świadkami zmian epokowych był zarówno Paweł z Tarsu, Agustyn z Hippony, Ignacy z Loyoli i wielu innych. Tak jak oni, tak również my powinniśmy zachować świat wartości – istotnych dla nas – w nowych warunkach i przystosować się do zmieniających się okoliczności. Jeżeli świat, w którym żyjemy nie ma do zaoferowania konkretnych wartości oprócz wspomnianego sceptycyzmu, to przybysze wybiorą paletę własnych wartości – nawet jeśli się nam one nie podobają. Zamiast integracji wybiorą zamknięte na naszą cywilizację formy egzystencji.
Dla wierzących, zagadnienie współczesnej imigracji oraz przeobrażeń cywilizacyjnych powinny mieć łagodniejszy przebieg. Przecież już Ewangelia narodzin Jezusa wiele wyjaśnia w tym temacie i zobowiązuje do głębszego, wrażliwego myślenia oraz do postawy solidarności z innymi.
Jezus rodzi się jako ubogi emigrant na terenie okupowanym przez Rzymian. Świadkami tego wydarzenia nie są wcale królowie i możni tego świata, ale pasterze – grupa ludzi, na których nałożono ograniczenia praktyk religijnych i praw obywatelskich.
Ewangelia narodzenia - to niejako program dalszego działania Jezusa z Nazaretu. On jednoczy się z uchodźcami, ubogimi i prześladowanymi. Za błogosławionych uznał przecież płaczących, cierpiących niesprawiedliwość i ubóstwo, miłosiernych i tych, którzy mają czyste pragnienie miłości, akceptacji, pokoju i miłości.
Ale przecież sceptycyzm duchowy i religijny nie pozwala naszemu społeczeństwu na pełne – nie konieczne oparte na wierze – przyjęcie przesłania uniwersalizmu Ewangelii.
Nieżyjący abp Józef Życiński pisał: „Istoty naszej kultury nie zrozumiemy bez uwzględnienia Akropolu, Kapitolu i Golgoty”.
W innym miejscu natomiast użył słów, które dzisiaj stają się jeszcze bardziej aktualne niż przed laty: „Tamta rewolucja kulturowa, która dokonała się w cieniu krzyża na Golgocie, jeszcze obecnie spotyka się z oporami środowisk stawiających zdrowy rozsądek czy polityczną poprawność nad szokująca prawdę Ewangelii”.
Sami musimy określić co stanowi dla nas wartość nadrzędną: walka o byt, czy uniwersalizm Ewangelii. Jeżeli dziś, do bram Europy pukają imigranci wywodzący się z różnych tradycji kulturowych i religijnych – nasza reakcja na to pukanie zależeć będzie właśnie od wyboru między walką o byt a uniwersalnym przesłaniem Ewangelii.
Radykalny i coraz powszechniejszy sprzeciw wobec przyjęcia imigrantów do Europy, także do Polski – oznacza, że sceptycyzm duchowy tkwi w nas już bardzo głęboko. Być może stąd nasze obawy przed „obcymi”. Proces integracji imigrantów polega przecież na zaoferowaniu im czegoś więcej niż tylko jedzenie i dach nad głową. Niestety, wydaje się, że Europa ma coraz mniej w swojej ofercie.
