Za mną pierwsza runda tegorocznego pucharu świata. Abu Dhabi Desert Challenge zakończył się ogromnym sukcesem, bo takim niewątpliwie jest zajęcie trzeciego miejsca w otoczeniu samych lokalnych kierowców, którzy pustynie znają równie dobrze, jak ja znam drogę na szczyt Kasprowego Wierchu. Po tym rajdzie, a przed kolejnym, który już w Katarze mam trzy ogromne powody do radości.
REKLAMA
Po pierwsze nie boję się pustyni. Nie oznacza to jednak, że nie mam respektu przed pustynią. Z mojej głowy zniknęły po prostu najmniejsze obawy przed tym, by wyjechać na 300-kilometrowy odcinek i samotnie walczyć o jak najlepszy czas. Samodzielnie muszę nawigować, nie jadąc w żadnej grupie z motocyklistami, czy innymi quadowcami. To naprawdę genialne uczucie. Przestałem się bać i jest fantastycznie.
Po drugie czerpię przyjemność z jazdy po pustyni i jedyne co mąci moje zadowolenie to wiedza, że są odcinki, które mógłbym pokonywać szybciej. Wiem, że to jest możliwe i chcę się tego nauczyć. Jedynym warunkiem jest to, żeby ostrzejsza jazda nie miała wpływu na bezpieczeństwo. Wiem gdzie mam rezerwy i to również jest doskonała informacja.
Trzecia sprawa, która sprawia mi ogromną radość to utrzymywane przeze mnie tempo, które okazuje się wystarczające do tego, żeby być w czołówce między lokalesami. To sprawia, że jestem nieustannie zmotywowany, by się poprawiać, a jednocześnie nie czuję stresu, że komuś nie dotrzymuję tempa, czy muszę się wstydzić swojej jazdy. Wręcz przeciwnie. Myślę, że wielu zawodników jest pod wrażeniem. Przyjeżdża ktoś, kto w przeciwieństwie do nich nie wychował się na pustyni, nie jeździł tam całe życie, a potrafi wskoczyć do czołówki.
Teraz parę dni, żeby pooddychać polską wiosną i wracam do suchego, pustynnego powietrza. Już za tydzień, 21 kwietnia rusza Sealine Cross Country Rally w Katarze i kolejna okazja by powalczyć o punkty w klasyfikacji generalnej. Rok temu wygrałem, miejmy więc nadzieję, że miejsce okaże się dla mnie szczęśliwe.
