Zapowiada się bardzo interesujący tydzień. W poniedziałek ruszam na trasę Rajdu Argentyny i muszę przyznać, że mam lekką tremę. Dlaczego? Bo w stawce jest 38 quadów i tylko ośmiu kierowców nie pojedzie pod biało-błękitną flagą ze słońcem. Bo startuję jako lider pucharu świata, czyli w myśl reguły "bij mistrza", będę na celowniku wszystkich miejscowych wyjadaczy. Bo trasa pokrywa się miejscami z najtrudniejszymi fragmentami Dakaru. I na koniec, bo na półkuli południowej zaczęła się zima...

REKLAMA
Trochę przyzwyczaiłem się już do tego, że w każdym rajdzie muszę rywalizować z grupą mocnych, doświadczonych i dobrze znających teren miejscowych zawodników, jednak przed kultową Desafio Ruta 40 jest trochę inaczej. Czuję mrowienie na plecach. Rozmawiam z argentyńskimi quadowcami i widzę jak są zdeterminowani, jak skoncentrowani i doskonale przygotowani. To jest dla nich przetarcie przed Dakarem, a ja jestem "tym gościem", który już wielokrotnie wygrywał z nimi w ich własnym kraju.
Nie obawiam się jednak konkurencji. Wiem, że w tej mocnej 30-osobowej grupie jest przynajmniej 20 kierowców, którzy mogą wygrać, ale ja już udowadniałem im, że jestem szybszy. Obawiam się tego, by nie poniosły mnie emocje i chęć rywalizacji. Jazda w roli lidera pucharu świata z najwyższym numerem, czyli można powiedzieć start z "pole position", w kraju gdzie quad jest najpopularniejszym pojazdem do ścigania się, nakłada na zawodnika ogromną presję wyniku. Tymczasem moim celem jest puchar świata. Walczyć o zwycięstwo oczywiście trzeba, ale nie za wszelką cenę. Powtarzam to sobie jak mantrę. Na quadzie napisałem "Meta Durniu". Znowu.
Dodatkowo wcale nie nastraja mnie dobrze świadomość, że ponownie powita mnie Fiambala - rejon na trasie Dakaru, z którym mamy już swoje porachunki i z którym, delikatnie mówiąc, nie jesteśmy w przeyjacielskich stosunkach. Tam zaczyna się prawdziwe dakarowe piekło, a jeśli teraz ma do tego dojść deszcz, błoto i przejmujące zimno, to wolę sobie tego nie wyobrażać. Pocieszam się, że mój numer jest szczęśliwy. Oczywiście przynależy się on liderowi pucharu świata, ale właśnie z nim wygrałem Dos Sertois w Brazylii i dwa tygodnie temu na Sardynii.
Duży komfort psychiczny daje mi jednak przede wszystkim moja ekipa. Wszyscy dobrze się już znamy, jesteśmy przyjaciółmi i to stanowi chyba o naszej sile. Mechanicy, fizjoterapeuta, obsługa medialna i osoby odpowiedzialne za sprawy organizacyjne. Na każdym mogę polegać, każdy wie po co tu przyjechał i doskonale wypełnia swoje zadania. Nie bez znaczenia są także płynące z Polski wiadomości wsparcia od kibiców. Za nie szczególnie wam dziękuję, bo świadomość, że śledzicie moje poczynania i kibicujecie dodaje mi jeszcze więcej wiary w sukces.
Bądźcie więc dalej ze mną, a ja wam obiecuję, że nie zawiodę. "Hołek" powiedział kiedyś: "Rafał jedzie głową". Tak pojadę w Argentynie.