W Krakowie padła propozycja, by przyjąć kolekcję prac Zdzisława Beksińskiego ze zbiorów marszanda Piotra Dmochowskiego. Okazuje się jednak, że zainteresowanych na razie brak. A sam Beksiński jest "be".
REKLAMA
Propozycję rzuciła Małgorzata Jantos, wiceprzewodnicząca Rady Miasta Krakowa. Wydawało się, że pomysł ma same atuty. Beksiński jest uznanym na świecie artystą, ma grono wiernych fanów, swoje stypendium oferowało mu niegdyś nawet słynne Muzeum Guggenheima. A Kraków nie posiada wiele tego rodzaju popkulturowych atrakcji dla turystów, którzy szukają nowoczesności, a nie archeologii. Piotr Dmochowski jest chętny, by pracami zaopiekowała się instytucja państwowa. Po śmierci kolekcja przeszłaby na własność placówki. Propozycja wydaje się mieć wiele zalet.
Tymczasem z lewej i prawej strony słychać głosy, że Beksiński nie jest Krakowowi do szczęścia potrzebny. Stanisław Dziedzic, dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta Krakowa, uważa, że nie Kraków nie jest "najwłaściwszym" miejscem dla tego artysty. - Nie jest to artysta, którego ekspozycję powinien akurat mieć Kraków. Takie wystawy powinny znaleźć się w miastach, z którymi był związany, jak Sanok czy Warszawa – mówi na łamach "Dziennika Polskiego" Zofia Gołubiew, dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie. Anna Maria Potocka, dyrektor Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie, widzi problem w tym, że dla prac Beksińskiego trzeba by stworzyć ekspozycję stałą. Taki jest bowiem wymóg Dmochowskiego.
Podobne przeszkody można by mnożyć. W Krakowie nie ma oczywiście instytucji, która posiada tak wiele wolnej przestrzeni, by zorganizować wystawę na biegu. Ale można by przynajmniej spróbować, poszukać, ponegocjować z kolekcjonerem, zachłysnąć się ciekawym pomysłem.
Nieoficjalnie mówi się, że Beksiński krakowskim szefom instytucji muzealnych po prostu się nie podoba. Mówi się - to "kiczman". Dobrze, ale podobny zarzut można być w gruncie rzeczy podnieść wobec większości artystów, zwłaszcza tych współóczesnych. Beksiński podoba się milionom na całym świecie, jest inspiracją dla popkultury, w tym filmu, komiksu czy gier wideo. Stał się klasykiem na skalę międzynarodową. Skoro MOCAK mógł zorganizować tak kuriozalną wystawę, jak pokaz słit fotek pary Eve i Adele w lateksowych kostiumach, to w swym wielkim wnętrzu mógłby znaleźć trochę miejsca dla Beksińskiego. Tym bardziej, że w kolekcji Dmochowskiego nie ma wcale rozbuchanych, turpistycznych obrazów, ocierających się faktycznie o kicz.
Kraków z jego konserwatywnym i zachowawczym podejściem do sztuki wiele traci. Łódź - oddając pole do działania streetartowej Fundacji Urban Forms - pokazała, jak wiele można zyskać, otwierając się na nowoczesność. Podobny sukces odniosły Katowice, organizując Street Art Festival. Beksiński może wydawać się już klasykiem. Tymczasem, jak się okazuje, ciągle musi walczyć o uznanie.
Zastanawiam się, czy nad tym nazwiskiem ciągle wisi klątwa. Może czas to wreszcie przerwać i docenić znakomitego artystę?
