Financial Times przytoczył ostatnio pewną anegdotę. Podczas niedawnej wizyty w Waszyngtonie wysoko postawiony brytyjski dyplomata zapewniał swoich amerykańskich kolegów, że Wielka Brytania w żadnym wypadku z Unii nie wystąpi. Osiągnął efekt odwrotny od zamierzonego. „Do tej chwili nikt nie wpadł na to, że Brytyjczycy mogą wyjść z Unii, teraz zaczynamy się naprawdę martwić!” skomentował amerykański uczestnik spotkania.
REKLAMA
Wystąpić, czy nie wystąpić...
W Europie scenariusz ten, choć wciąż bardzo mało prawdopodobny, nie jest już obcy nikomu, kto choć trochę śledzi europejską scenę polityczną. A już szczególnie Europosłom, którzy co miesiąc na sesji plenarnej w Strasburgu wysłuchują tradycyjnej już niemal tyrady na temat złej Unii, którą regularnie raczy nas Nigel Farage (nota bene trudno spotkać go w jakichkolwiek innych okolicznościach, swoje poselskie obowiązki w Parlamencie zdał się ograniczyć jedynie to tych comiesięcznych wystąpień). A to właśnie rodzima partia Farag'a jest w dużej mierze odpowiedzialna za coraz bardziej roszczeniową wobec Unii postawę premiera Camerona. W ten sposób próbuje on podtrzymać poparcie eurosceptycznego brytyjskiego społeczeństwa. Pokazują to ostatnie sondaże dające partii Farag'a kilkunastoprocentowe poparcie, które mogłoby kosztować konserwatystów kilkadziesiąt miejsc w Izbie Gmin.
Poddanie pod referendum członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii, do czego pchają Camerona najbardziej eurosceptyczne frakcje nawet w jego własnej partii, to na szczęście wciąż „no go” dla brytyjskiego premiera. Trudno by zdanie to zmienił, bo byłoby to zwyczajnie nierozsądne. Jak bardzo, pokazali ostatnio sami guru brytyjskich finansów i biznesu. Richard Branson obok szefa londyńskiej giełdy, w liście opublikowanym w FT dają jasno do zrozumienia, jaki jest ich wybór. Członkostwo w Unii przynosi gospodarce brytyjskiej ogromne pieniądze, a wariant norweski (dostęp do rynku bez członkostwa) nie wniósłby do brytyjskiego budżetu wielkich oszczędności, a ograniczył do zera wpływ Londynu na decyzje podejmowane w Brukseli. Nie jest też wcale pewne, że Unia poszłaby na podobny układ. Sami autorzy są w tym przypadku wyjątkowo wstrzemięźliwi: nie żądajmy zbyt wiele, bo odeślą nas z kwitkiem. Na marginesie taką odpowiedź dostali dopiero co Szwajcarzy, chcący zawrzeć z Unią nowy układ na własnych warunkach.
Jeśli nie referendum to co?
Coś jednak trzeba zaproponować w zamian i tę propozycję mamy usłyszeć w europejskim przemówieniu Camerona jeszcze w tym miesiącu. Jej elementy znamy już dziś- nowe zasady członkostwa dla Wielkiej Brytanii, inaczej Londyn zablokuje kolejną wielką reformę Unii Europejskiej, konieczną do tego, aby strefa Euro mogła dobrze funkcjonować. Tylko, czy wobec tak postawionego przez Camerona ultimatum europejskim politykom starczy cierpliwości, by w ogóle wysłuchać jego propozycji? Na ile są skłonni ustąpić, by dać premierowi wyjść z twarzą i obronić się przed krajową publiką? Pierwszy test już w lutym, kiedy na szczycie europejskim zapaść powinna decyzja o wieloletnim budżecie UE, już raz przez Camerona zablokowana.
