Wystąpienie Camerona rozczarowało wszystkich, którzy liczyli, że jednoznacznie opowie się za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, stawiając takie pytanie pod natychmiastowe referendum. Od samego początku nie brakowało w nim pro-europejskich akcentów. "Dokończyć projekt jednolitego rynku" mówi Cameron, Polacy mogą mu tylko przyklasnąć! Wizja Unii Europejskiej oferującej różnorodne formy członkostwa to jednak zagrożenie dla samych podstaw wspólnoty.
REKLAMA
Pytanie, co dalej, bo obietnica referendum padła
Cameron musi wybrać, czy ważniejsze są pragnienia eurosceptycznego skrzydła jego własnej partii czy wiarygodność kraju, na którego czele stoi, w Europie. Dwóch konserwatywych premierów-Margaret Thacher oraz John Major- już się na tym przejechało. Ułudą jest twierdzenie, że ktoś pozwoli Wielkiej Brytanii na wycofanie się z wielu unijnych polityk przy jednoczesnym zachowaniu korzyści płynących ze wspólnego rynku UE. Opcja norweska czy szwajcarska (dostęp do rynku bez prawa głosu) jest dla samych Brytyjczyków nie do zaakceptowania, podkreślił to sam Cameron. Nikt nie pozwoli jednak na groźny dla całego projektu precedens, kiedy to Unię potraktowano by niczym restauracyjne menu, z którego wybiera się ulubione potrawy. I ta wiara najbardziej uderza w brytyjskiej debacie.
"Nie jestem brytyjskim izolacjonistą"
Zapewnia Cameron, stawiając się jednak w niezwykle trudnej sytuacji. Jak bowiem utrzymać eurosceptyczny elektorat, nie podważając unijnych zasad gry. Bo nie może być na serio mowy o poddaniu w przyszłości pytania, czy Brytyjczycy zgadzają się na jakieś nowe, specjalne warunki członkostwa. To prawda, że przełamująca gospodarczy kryzys Unia w najbliższych latach może się dramatycznie zmienić. Pytanie może, więc brzmieć jedynie, czy Wielka Brytania zostanie w tej zmienionej Unii, czy nie.
Być w Unii, czy nie być...
W obliczu takiej alternatywy postawionej brytyjskiemu społeczeństwu, będzie znacznie trudniej o pozytywną odpowiedź. Odkładając referendum na przyszłość, Premier Cameron kupił sobie trochę czasu. Pytanie, czy zachowa się jak odpowiedzialny polityk, czy też skaże się w Europie na marginalizację. Pytanie w końcu, czy Brytyjczycy zdolni są jeszcze do prowadzenia sensownej debaty publicznej na temat UE.
