
Co nam zostało po arabskiej wiośnie 2011 roku? Dyktatorzy upadli, nie widać jednak nadziei na to, by świat arabski wkroczył na drogę demokracji. Jak oceniają spuściznę arabskiej wiosny ludzie, którzy brali w niej udział? Na te pytania stara się odpowiedzieć w swoim dzienniku Gilles Kepel.
REKLAMA
Zaczęło się pozornie niewinnie. Pewien człowiek stracił swoje miejsce pracy. Rozpacz doprowadziła go do samobójstwa. Oburzeni tą sytuacją początkowo protestowali przeciwko bezprawiu dyktatur. Kiedy jednak poczuli swą siłę i uznali, że są w stanie zmienić rzeczywistość, jasnym się stało, że ich protesty są początkiem czegoś wielkiego. Jednak sami protestujący, jak i kibicujący im zwolennicy demokracji i wolności jednostki, nie pamiętali o tym, że demokracja, szanująca różnorodność poglądów, może być wprowadzona w świadomych i dojrzałych społeczeństwach. Społeczeństwach wykształconych i laickich. Wśród ludzi, którzy odporni są na nacjonalizm religijny i radykalizmy.
O społecznościach arabskich powiedzieć możemy wszystko, nie to jednak, że szanuje się w nich wolność jednostki, jej świadomy wybór czy to, że są one odporne na wpływy fanatyków religijnych. Czy możemy mieć do nich o to pretensje? Czyż my sami nie mamy na naszym podwórku religijnych fanatyków, którzy chcą narzucić nam wszystkim swój wzorzec moralności? Nie mają oni wprawdzie tak dużego wpływu na społeczeństwo jak ich arabscy koledzy, jednak aspiracje mają znacznie większe.
Wiem, że pisząc te słowa odbiegam od meritum książki. Prawem recenzenta jednak jest pisać o przemyśleniach, które wywołała przeczytana przez niego książka. A te nie są zbyt wesołe. Rzeczywistość opisana przez Kepela nie pozostawia złudzeń. Radykalizm arabski będzie rósł w siłę i wpływał coraz bardziej na politykę zagraniczną krajów Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Dumna z siebie cywilizacja Zachodu nie jest bezsilna wobec problemu radykalizacji, nie ma jednak pomysłu, jak poradzić sobie w nowej rzeczywistości. Coraz głośniej słychać opinię, że wszyscy przekonujemy się o intencjach „wyznawców religii pokoju”, że należy położyć tamę ich migracji, bo inaczej zmienią charakter Europy. Nie słychać co prawda głosów o masowym wywożeniu obcokrajowców z krajów, w których część z nich zdołała się zaaklimatyzować, łatwo jednak przewidzieć, że to jest tylko kwestia czasu. Wnioski nasuwają się same. Przyszła wojna, która zniszczy życie na ziemi, będzie wojną religijną.
Wróćmy jednak na chwilę do Dzienników Kepela. Autor zwraca uwagę na to, że ideały z 2011 roku uległy dziś zapomnieniu. Czy na pewno? Co może być ważniejsze dla zwykłego, słabo wykształconego człowieka, wolność wypowiedzi czy codzienne, osobiste bezpieczeństwo? Zanim skrytykujemy Egipcjan z Placu Tahrir za ten wybór, przypomnijmy sobie o naszych ciągotkach do wprowadzenia kary śmierci.
I nie czujmy się od nich lepsi tylko dlatego, że nieco wcześniej zdołaliśmy się pokryć cienką powłoczkę cywilizacyjną.
