Patrick Tyler
Twierdza Izrael
Zakulisowa historia elit wojskowych, które uparcie bronią się przed pokojem
Patrick Tyler Twierdza Izrael Zakulisowa historia elit wojskowych, które uparcie bronią się przed pokojem wydawnictwo Rebis

Izrael. Kraj, który do początku swego istnienia nie zaznał pokoju. Kraj, który podlega ciągłej, często niesprawiedliwej ocenie. Kraj, który wzbudza skrajne emocje. Wreszcie kraj, który, jak dowodzi Patrick Tyler, dawno mógłby żyć w pokoju, gdyby nie wojowniczy charakter jego elit politycznych. Czy jego twierdzenie jest słuszne?

REKLAMA
O Izraelu pisze się wiele. Na rynku wydawniczym ukazują się książki bezkrytycznie przyjazne, lub fanatycznie wrogo nastawione do tego kraju. Wielu krytyków Izraela wchodzi w rolę przysłowiowego Eskimosa, który chce doradzać mieszkańcom Etiopii jak najlepiej przystosować się do upałów. Mieszkaniec Izraela musi być gotowy na to, iż przy okazji jakiejkolwiek rozmowy będzie musiał tłumaczyć się za posunięcia swego rządku, za program partii politycznych, z którymi nie ma nic wspólnego, wreszcie za historię, której nie współtworzył. Doprawdy ciężko jest być Izraelczykiem. Znoszenie tego wszystkiego wraz z codzienną obawą o własne życie musi być czymś nie do zniesienia. Trudno więc się dziwić, że czasem zachowują się jak ludzie obarczeni syndromem oblężonej twierdzy, widząc wszędzie i w każdym swego wroga.
Można by zastanowić się, czy takim wrogiem stanie się Patrick Tyler. W czasie lektury „Twierdzy…” doszedłem do wniosku, że Autor na pewno nie należy do ludzi przyjaznych temu krajowi, trudno byłoby jednak powiedzieć, iż jest on fanatycznym jego wrogiem. Historię Izraela opisał on jako historię zmarnowanych szans i straconych nadziei na pokój. Dyplomacja, jak dowodzi Tyler, jest sztuką dialogu. Tę starą prawdę zrozumiał Menachem Begin podpisując traktat pokojowy z Egiptem, zrozumiał też Icchak Rabin w czasie negocjacji w Oslo. Słuchając racji drugiej strony i przedstawiając jej swoje własne można wspólnie dojść do kruchego wprawdzie, ale kompromisu. Jak jednak dojść do kompromisu mając za sobą kruchą większość parlamentarną? Jak podejmować niepopularne decyzje wiedząc, że jeden populistyczny okrzyk radykałów zepsuje miesiąc żmudnych negocjacji? Czy nie łatwiej jest utrzymywać akceptowalne wewnętrznie status quo, licząc na to, że kolejny akt terroru będzie legitymować decyzje rządową? Wszak wielu pokojowo nastawionych Izraelczyków, gotowych na dialog, radykalizuje się słysząc o kolejnym zamachu bombowym. Te przemyślenia doprowadziły mnie do prostego wniosku, iż Izraelczycy i Polacy są do siebie niezwykle podobni. Tak samo ulegamy populistom, tak samo wzdrygamy się na myśl o dialogu z dotychczasowym wrogiem, prawdopodobnie też tak samo jak oni marzylibyśmy o odwecie, gdyby to u nas dochodziło do aktów terroru. Jeśli ta krótka lista nie wystarczy, to nadmienię, że podobnie jak Polska, Izrael zbyt długo nie miał męża stanu z prawdziwego zdarzenia.
Wróćmy jednak do książki. Mimo swojej niechęci do Izraela, Patrick Tyler starał się napisać książkę uczciwą. Krytyka Izraela jest w niej niezwykle stonowana. Autor nie potępia całego społeczeństwa izraelskiego czy też elit politycznych en masse, wskazując błędy, jakich dopuszczano się w dążeniu do pokoju. Z faktami trudno jest dyskutować, gorzej jest jednak z ich interpretacją. Poważnym minusem książki jest stosowana terminologia. Mowa o izraelskim militaryzmie w latach pięćdziesiątych XX wieku, w pierwszych latach kruchej państwowości jest krzywdzące i niesprawiedliwe. Czy mogło wtedy dojść do podpisania traktatu pokojowego z Egiptem? Być może tak, ale winą za jego brak nie można obarczać jedynie izraelskich polityków. Stare powiedzenie, iż do tańca trzeba dwojga, było, jest i będzie zawsze obecne w sztuce dyplomacji, a zarówno polityk, jak i politolog winni pamiętać, że rozpoczęcie rokowań nie zawsze oznacza ich pomyślnego zakończenia.
Do podobnych wniosków możemy dojść analizując przyczyny wojen sześciodniowej i Jom Kipur. Dziś wiemy, iż Naser w 1967 roku „pobrzękiwał szabelką”, aby poprawić swój wizerunek. Czy jednak mógł o tym wiedzieć Levi Eszkol lub Mosze Dajan? Czy politycy izraelscy w 1973 roku mogli wiedzieć, że za buńczucznymi hasłami o starciu Izraela z mapy świata kryła się chęć zadania dotkliwych strat i narzucenia pokoju na własnych warunkach?
Takich pytań możemy postawić wiele, spierając się i kłócąc się na temat każdego zdarzenia, jego interpretacji i wniosków. I prawdopodobnie każdy w swej ocenia miałby trochę racji. Nie mamy jednak prawa stawiać zbyt radykalnych ocen, zwłaszcza delegitymizujących istnienie jakiejkolwiek państwowości, czy odbierając komukolwiek prawo do niepodległościowych ambicji. Tym bardziej, że jesteśmy tylko obserwatorami.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?