
Kryminalna powieść skandynawska od kilku lat podbija rynek światowy, a z niego również polskie księgarnie i serca czytelników. Bez trudu większość wymieni takich autorów, jak Nesbo, Mankell czy Larsson. Często zapomina się o autorce z Islandii zwanej na swojej wyspie królową kryminału.
REKLAMA
Yrsa Sigurdardóttir to pisarka islandzka, absolwentka inżynierii budowlanej na Uniwersytecie Islandzkim. Zanim rozpoczęła swoją przygodę z pisarstwem, pracowała przy budowie największej tamy w Europie – Karahnjukur. Zadebiutowała w 1998 roku powieścią „Trzeci znak” i od tego czasu regularnie jej książki podbijają listy bestsellerów.
Życie Ódinna do niedawna było przewidywalne, co jednak mu nie przeszkadzało. Mieszkał sam, był „weekendowym tatusiem”, wieczorami upijał się w barach, a w pracy udawał, że coś robi. Znienacka po nagłej śmierci byłej żony, musi zamieszkać z jedenastoletnią córką Rún. Jednocześnie dostaje zlecenie zbadania śmierci sprzed lat dwóch wychowanków domu poprawczego. Im bardziej zagłębia się w pracy, tym częściej ma wrażenie, że wokół niego kłębią się upiory przeszłości.
W książkach Yrsy Sigurdardóttir brak typowej maniery kolegów i koleżanek po fachu, którzy opisują każdy ruch, śniadanie czy zakupy bohaterów. Z jednej strony, jeśli jest się fanem danej serii, coś takiego to skarb. Z drugiej… sprawia, że powieści rozrastają się do kilkuset stron i z czasem ze zdenerwowaniem przewraca się kolejne stronice, które ze śledztwem nie mają za wiele wspólnego, za to z przepisem kulinarnym owszem. U autorki „Niechcianych” tego nie ma. Akcja rozwija się szybko i sprawnie.
Fabuła przebiega dwutorowo. W pierwszej czytelnik poznaje historię Ódinna i wraz z nim prowadzi śledztwo, w drugiej zaś obserwuje pracę Aldis w domu poprawczym. Co ciekawe w tym drugim wątku pojawiają się elementy rodem z horrorów, a to bardziej pasuje do tzw. mystery novel, popularnej w dziewiętnastym wieku. Jednocześnie losy Aldis są tą mniej jasną, bardziej mroczną powieści.
Autorka świetnie odmalowała psychikę bohaterów. Ruchy firanek, które przez moment wydają się być postacią ludzką, skrzypienie podłogi, które przypominają kroki. To wszystko sprawia, że bohaterzy mają wrażenie, że stoją na granicy obłędu, by po chwili racjonalnie tłumaczyć sobie, że to wszystko wskutek przemęczenia.
Zakończenie z jednej strony ścina z nóg, ale z drugiej nasuwa pytanie, czy nie jest zbytnio przerysowane właśnie dla takiego efektu. Można poczuć lekki niedosyt, bo koniec końców potoczyła się tak jak inne powieści tego rodzaju – i choć jest to uzasadnione – kanwa gatunku i drobne poszlaki w książce, to jednak spodziewałam się czegoś bardziej prawdopodobnego.
Na okładce książki jest przestroga, by czytać ją tylko wtedy, gdy okna i drzwi są zaryglowane. Cóż, jak każdy horror i thriller po zmroku robi większe wrażenie niż w świetle dnia. A najlepiej zagłębić się w lekturę, gdy wszyscy już śpią, a za oknem tylko mróz i smętnie stojące drzewa.
Na okładce książki jest przestroga, by czytać ją tylko wtedy, gdy okna i drzwi są zaryglowane. Cóż, jak każdy horror i thriller po zmroku robi większe wrażenie niż w świetle dnia. A najlepiej zagłębić się w lekturę, gdy wszyscy już śpią, a za oknem tylko mróz i smętnie stojące drzewa.
Marta Kraszewska
