Dorothee Schmitz-Köster, Tristan Vankann
Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn
Dorothee Schmitz-Köster, Tristan Vankann Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn wydawnictwo Prószyński i S-ka

Mieli być elitą przyszłych Niemiec. Ich życie zostało zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Urodzeni w elitarnych ośrodkach krzyżowania rasowo czystych aryjczyków, mieli przejść ceremonie nadania imienia, szkołę Napola i stać się elitą Tysiącletniej Rzeszy. O swoich losach opowiadają dziś dorosłe już „dzieci Hitlera”. Dzieci urodzone w Lebensborn.

REKLAMA
Do końca życia zostali naznaczeni traumą. Nad ich życiem położył się cień przekonań ich rodziców i świadomość miejsca narodzin. Odkrywanie tajemnic przeszłości, dorastanie w w atmosferze nazistowskich sentymentów, badanie własnych korzeni. I to nigdy nie wypowiedziane pytanie- dlaczego spotkało to właśnie mnie. Oto ich dziedzictwo.
Zebrane przez Dorothee Schmitz-Köster relacje urodzonych w Lebensborn muszą przerażać. Życie dawnych „dzieci Hitlera” zmusza do refleksji nad przekonaniem człowieka o tym, że może bawić się życiem drugiego.
Nie chcę tu streszczać samej książki, ani omawiać losów poszczególnych rozmówców Autorki. Czytelnik sam będzie musiał wyrobić sobie na ich temat zdanie. Obowiązkiem moim jest podzielić się odczuciami jakie towarzyszyły mi bezpośrednio po jej lekturze. Przyznam bowiem, że długo nie mogłem dojść do siebie po jej zakończeniu. Szukałem aż do wczoraj odpowiednich słów na określenie tego, czym właściwie były wymyślone przez Himmlera fabryki nowych ludzi. Pomógł mi jak zwykle przypadek i obserwacja otaczającego nas świata. Jest to zabawa losem ludzkim.
Często mniej lub bardziej świadomie pozwalamy na to, by inni narzucali nam rolę zabawek. Nieświadomie oddajemy nasze losy w ręce ludzi, którzy wykorzystują naszą dobrą wolę czy zaufanie do własnych, ubieranych w piękne słówka celów. Robimy to z własnej woli, czasami z własnej inicjatywy zachęceni perspektywą przyszłości, zaciekawieni tajemnic jakie ta ostatnia skrywa. I nawet jeśli jesteśmy świadomi naszej roli „ulubionej zabawki” to nie zdajemy sobie sprawy z pogardy, jaką wobec nas czuje pociągający za sznurki. Ten ostatni ma doskonale wszystko zaplanowane, wie, kiedy „ukochana zabawka” stanie się zabawką niepotrzebną i wie, co ma zrobić, gdy tak się stanie. Zabawka bowiem nie jest podmiotem gry, ona jest jedynie w niej narzędziem. Zepsuta czy nieprzydatna zostaje z niej wyrzucona, ale ślady tej zabawy pozostają w niej już na zawsze.
I to właśnie poczucie wyższości bawiącego się nad zabawką jest kwintesencją całego okrucieństwa świata. Tylko, że gdzieś zapominamy o zwykłym człowieku.
I właśnie to się kryje za relacjami „dzieci Hitlera”.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?