
Wspaniała przygoda, duża dawka humoru i tajemnica rodem z mitologii.
REKLAMA
Wydawałoby się, że po wydarzeniach w Ameryce Południowej, wyjazd do Paryża nie powinien przynieść niespodzianek. Zwłaszcza, że ma być to jedynie wycieczka połączona z zaręczynami (drugimi). Nic bardziej mylnego. Wystarczy drobna pomyłka i przygoda gwarantowana.
Dla tych, którzy nie czytali poprzednich części serii – na przykład dla mnie – kilka dość istotnych informacji. W „Kronikach Archeo” spisywanych przez nastoletnią Anię, pojawiają się dwie rodziny – polska i angielska. Dzieci – Ania i Bartek oraz Mary Jane i dwójka bliźniaków – Jim i Martin – niczym słynna drużyna Scooby’ego Doo, ciągle trafiają w sam środek mniej lub bardziej dramatycznych wydarzeń.
Dla tych, którzy nie czytali poprzednich części serii – na przykład dla mnie – kilka dość istotnych informacji. W „Kronikach Archeo” spisywanych przez nastoletnią Anię, pojawiają się dwie rodziny – polska i angielska. Dzieci – Ania i Bartek oraz Mary Jane i dwójka bliźniaków – Jim i Martin – niczym słynna drużyna Scooby’ego Doo, ciągle trafiają w sam środek mniej lub bardziej dramatycznych wydarzeń.
Akcja biegnie szybko, a rozdziały, które zdecydowanie za krótkie sprawiają, że czytelnik pochłania się w lekturze stosując taktykę – „Jeszcze tylko jeden rozdział”. Całość opowieści upatrzona jest licznymi notatkami i ilustracjami. Te pierwsze wyjaśniają trudne słowa i uzupełniają wiedzę czytającego. Dla młodszego czytelnika jest to przydatne, bo nie musi cały czas pytać o słowa, z którymi dotychczas się nie spotkał.
Większy problem mam jeśli chodzi o ilustrację. Z jednej strony widziałam śliczne szkice, z drugiej – reszta błaga o pomstę do nieba. Czytając opinie o poprzednich tomach, zauważyłam, że wszyscy chwalili ilustracje. Otóż, najwyraźniej wydawnictwo zrobiło eksperyment, zatrudniając nowego ilustratora do ósmej części serii – „Szyfru Jazona”. Mogę jedynie rzec, że był to błąd. Co prawda młodszy czytelnik nie zauważy, za to starszy – już owszem.
Przyznam się szczerze, że po raz pierwszy mam do czynienia z prozą Agnieszki Stelmaszyk. „Kroniki Archeo” nieraz obiły mi się o uszy, nigdy jednak po nie nie sięgnęłam. Stelmaszyk jest autorką książek dla dzieci i młodzieży. W 2008 zadebiutowała zbiorem opowiadań „Opowiadania z morałem”. Przez następne dwa lata publikowała kolejne książki, ale dopiero w 2010 roku stała się bardziej znana za sprawą właśnie „Kronik Archeo”.
Jej seria pokazała mi, że jest jeszcze szansa dla polskich książek dla dzieci i młodzieży. Na rynku wydawniczym oprócz „Kronik Archeo” nie słychać o polskich autorach powieści dla takich czytelników. Agnieszka Stelmaszyk zagospodarowała puste miejsce pozostawione przez Alfreda Szklarskiego i Krystynę Szklarską.
Jej seria pokazała mi, że jest jeszcze szansa dla polskich książek dla dzieci i młodzieży. Na rynku wydawniczym oprócz „Kronik Archeo” nie słychać o polskich autorach powieści dla takich czytelników. Agnieszka Stelmaszyk zagospodarowała puste miejsce pozostawione przez Alfreda Szklarskiego i Krystynę Szklarską.
Bowiem jej książki mają wszystko to co niosły sobą powieści Szklarskich. Akcję, przygodę, ciekawych bohaterów i wiedzę. Oczywiście, to Szklarscy w wydaniu współczesnym, erze komputerów – z krótszymi opisami przyrody i obcych krain. Ale to przedłużenie ich książek, tylko miast Tomka Wilmowskiego, jest grupa nastoletnich, ciekawskich dzieci i nastolatków.
Dzięki dość dużym literom i częstym ilustracjom książka z pewnością przypadnie do gustu i najmłodszym czytelnikom, którzy mogą na niej doskonalić czytanie lub zaglądając przez ramię rodzicowi, próbować rozszyfrować literki.
Dzięki dość dużym literom i częstym ilustracjom książka z pewnością przypadnie do gustu i najmłodszym czytelnikom, którzy mogą na niej doskonalić czytanie lub zaglądając przez ramię rodzicowi, próbować rozszyfrować literki.
Marta Kraszewska
