Anthony Shahid
Kamienny dom
O Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma
Anthony Shahid Kamienny dom O Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma wydawnictwo Czarne

Powrót do korzeni, szukanie własnej tożsamości w czasie odwiedzin kraju przodków. To uczucie znane jest chyba wszystkim Polakom, zwłaszcza tym, których rodziny zasiedlały Kresy Wschodnie Rzeczpospolitej. Dlatego każdy Polak zrozumie decyzję Anthony`ego Shahida o odbudowie domu pradziadka.

REKLAMA
Liban. Kraj, który miał si stać bliskowschodnią Szwajcarią. Tygiel religii wyznawanych przez ludzi mówiących jednym językiem. Pułapka dla ludzi, którzy pragnęli spokojnie żyć. Niespokojny od chwili powstania stał się areną jednego z najkrwawszych w XX wieku konfliktu wewnętrznego. Liban przeklęty, Liban piękny, Liban utracony.
Anthony Shahid stracił zdrowy rozsądek. Jak inaczej można wyjaśnić fakt, że ten wzięty dziennikarz amerykański bierze roczny urlop, oszczędności swego życia i jedzie do dalekiego Libanu by odbudować dom, który przed laty zbudował jego dziadek? Ten kto tak myśli nie rozumie chyba jak ważnym jest poznanie korzeni własnej rodziny. Kimże bowiem jesteśmy, jeśli ich nie znamy? Czy nie przypominamy przesadzonej rośliny?
Anthony Shahid jest typowym Amerykaninem. Z krajem przodków wiążą go jedynie rodzinne opowieści. Reporter wojenny, dwukrotny zdobywca nagrody Pulitzera postanawia pewnego dnia przywrócić świetność miejscu, które było kolebką jego rodziny. Kamienny dom wybudowany przez jego przodka. Dom ten zbudowany został w czasach, które bezpowrotnie odeszły. Oto Imperium osmańskie przestało istnieć, część jego terytoriów przypadła zwycięskim aliantom, którzy na nowo zaczęli rysować mapę regionu. Na tej mapie znalazł się kawałek ziemi, który miał się stać bliskowschodnim odpowiednikiem Szwajcarii. Bogaty i spokojny wieloreligijny i wielokulturowy kraj. Plany te oczywiście legły w gruzach. Nie da się bowiem zadekretować czegoś, co jest niemożliwe. W naturze ludzkiej tkwi bowiem brak tolerancji szczególnie dla drobnych różnic. Liban nie osiągnął więc tego spokoju, który miał być jego wizytówką. I z tego właśnie Libanu wyjeżdżali ludzie w poszukiwaniu spokojnego miejsca pod słońcem.
Dom przodków zawsze jest symbolem. To gniazdo rodu. Nawet jeśli zostało ono opuszczone i nikt z rodziny w nim nie mieszka nie traci swej symboliki i uroku. Dla romantycznej natury decyzja Shahida jest zrozumiała. Trzeba podnieść dom z ruiny, bo inaczej ulegnie zniszczeniu ostatnia nić łącząca z krajem przodków. Ta decyzja zaważy na mentalności Shahida. On, już Amerykanin, będzie zmuszony wgryźć się w mentalność Bliskiego Wschodu, zaakceptować jego tempo i zwyczaje, poznać codzienność i skonfrontować ją ze swoimi wyobrażeniami i opowieściami rodzinnymi. Jego codzienność splatana z zapisem rodzinnych opowieści daje nam smutny obraz współczesnego Libanu, którego dawna świetność odeszła w niepamięć.
Czym jest więc książka Shahida? Historią rodzinną? Kroniką realizacji kaprysu wziętego dziennikarza? A może poszukiwaniem korzeni, bez których nigdy nie zrozumiemy samych siebie.

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?