
Przyznam się szczerze, że choć wielokrotnie słyszałam o powieściach Miłoszewskiego przy okazji premier kolejnych jego książek, to nigdy nie kusiło mnie, by po którąś sięgnąć, mimo że mój tata przeczytał jego jedyny thriller „Bezcenny”. Ale i na mnie przyszedł ten czas, a po rozpoczęciu pierwszej strony, zatonęłam w lekturze na całą noc.
REKLAMA
Tym razem poczynania prokuratora Szackiego śledzimy w Olsztynie. Mężczyzna ułożył sobie już życie, znalazł dziewczynę i sprowadził do siebie córkę. Praca w prokuraturze biegnie spokojnie, aż do 25 listopada, gdy to Szacki zostaje wezwany do odkopanych w czasie robót drogowych zwłok. Prokurator bezmyślnie „odfajkowuje Niemca”, jak się w Olsztynie nazywa wojenne szczątki i oddaje kości do badań naukowych. Powoli zapomina o sprawie, gdy nagle dowiaduje się, że zwłoki wcale nie są takie stare.
Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie przed każdym rozdziałem notki ze skróconych wiadomości z danego dnia. A jako że wydarzenia dzieją się w przeszłości niezbyt odległej w czasie – mowa o przełomie listopada i grudnia 2013 roku – to doświadczałam wrażenia, jak gdyby akcja książki działa się dosłownie pod moim nosem, że czytamy kronikę policyjną w jednej z gazet.
Akcja toczy się płynnie i, co nietypowe jak na kryminał, dość leniwie. W innym kryminale, już po drugim dniu zaczęłyby się pościgi, a napięcie tylko by się podwyższało, tu zaś Autor zmusza czytelnika do samodzielnego wręcz śledzenia zła.U Miłoszewskiego najważniejsze jest nie kto zabił, ale kto zostanie zabity. Czytelnik w pewnym momencie zaczyna zastanawiać się, nie jaka jest tożsamość zabójcy, lecz kto będzie następną ofiarą.
Choć książka wzbudziła we mnie mieszane uczucia, jedno trzeba przyznać - Autor poruszył jeden z najważniejszych problemów w Polsce, dotąd nierozwiązany – przemoc w rodzinie. Mimo że w niektórych momentach nie zgadzam się z Miłoszewskim, to cieszę się, że i ten temat zaczyna być obecny w literaturze.
W „Gniewie” pojawia się wiele karykaturalnie nakreślonych postaci. Wymienić wśród nich można między innymi doktora Frankensteina, który, jak można się domyślić, jest nieco szalonym, aczkolwiek genialnym naukowcem. Zadaniem jego i innych pobocznych bohaterów jest rozśmieszenie czytelnika, to przy kontraście z brutalnymi scenami przemocy domowej, wywołują jedynie lekki uśmieszek. Przy połączenie obu części powieści zaczyna się powoli wydawać, że to jak gdyby dwie osobne książki niezbyt udanie połączone w jedno.
Przyznaję, że finał mnie rozczarował. Zbyt skrócony, jak gdyby autor już nie mógł się doczekać, aż w końcu porzuci Teodora Szackiego na dobre.
Marta Kraszewska
