
Czechów lubimy. Za Szwejka, knedliki, dobre piwo i niezapomniane weekendy w Pradze. Czesi też nas lubią. No, może poza momentami, kiedy kalecząc język angielski staramy się z nimi dogadać. Zapominamy bowiem o podobieństwach języka i o tym, że przy odrobinie dobrej woli, wspomaganej znakomitym piwem z browaru Hodovar, znikają wszelkie bariery i różnice językowe, a Polak z Czechem stają się nie tylko bratankami, ale i braćmi.
REKLAMA
Narody mają własne marzenia. Narody śnią sen o wielkości, potędze, sławie i... przetrwaniu. Czesi nie są tu wyjątkiem. Ich specyficzny stosunek do sąsiadów, religii, historii i dnia codziennego omawia, ze sporą nutką humoru, Pavel Kosatik.
Dlaczego Czesi nie wywoływali powstań, dlaczego ich taktyką była pieczołowita dbałość o zachowanie języka i tożsamości narodowej? Dlaczego nadal nie lubią Niemców, a do Rosjan odnoszą się z wyraźną sympatią? Dlaczego tak szybko odrzucili katolicyzm? Na wszystkie te pytania Autor odpowiada kreśląc opowieści o charakterze historycznego i etnograficznego eseju.
Esej historyczny to instrument, za pomocą, którego najłatwiej jest zainteresować czytelnika historią własnego kraju. Niedościgłym wzorcem historycznego eseju jest dzieło Pawła Jasienicy, które przez lata inspirowało młodych ludzi do szukania poza podręcznikowych, sztampowych wręcz odpowiedzi na pytania o przyczyny takich, czy innych klęsk, jakie dotykały Polskę. Nic więc dziwnego, że jako miłośnik Czech postanowiłem, szybko przeczytać eseje Kosatika... A zwłaszcza jeden z nich.
Nietrudno się domyślić, że esej, który szczególnie mnie interesował, dotyczył czeskiego spojrzenia na naszą wspólną historię.. A historia ta jest bogata i pełna zawirowań. Władcy czescy zasiadali na polskim tronie, polscy na czeskim, Czesi najeżdżali nas, my Czechów. Pod Grunwaldem jedni Czesi stawali przeciwko nam, inni zaś nas wspierali w zmaganiach z Krzyżakami. Spieraliśmy się kilkukrotnie z Czechami o Zaolzie i raz o Kłodzko. Te kilka wieków przyjaźni i rywalizacji mogło zaowocować niechęcią i to uzasadnioną, przynajmniej ze strony Czechów.
Największy polski grzech wobec Czechów nie wynikał, jak wielu sądzić może, nie z obecności polskich czołgów nad Wełtawą w 1968 roku, ale z wbicia przez polską dyplomację nóż w czeskie plecy. Polskie żądania terytorialne, wysunięte przez Becka po układzie monachijskim, miały podobny charakter do paktu Ribbentrop-Mołotow. Ultimatum rządu polskiego pozbawiły woli walki tych z czeskich przywódców, którzy planowali opór, mimo, iż był on beznadziejny.
Jeśli więc kiedykolwiek będziecie kochani przedstawiciele Chrystusa Narodów, dumni z mitu Polski Niewinnej, przypomnijcie sobie okoliczności przyłączenia do Polski Zaolzia, a następnie porównajcie je z datą 17 września. Ten kubeł zimnej wody dobrze Wam zrobi. Nic bowiem tak nie uwiera, jak zbyt przerośnięte, narodowe ego.
