
Podobno słuchanie śpiewanej poezji autorstwa Stachury jest pierwszym objawem nadchodzącej depresji. Te słowa usłyszałem od znajomej, zaniepokojonej nagłą zmianą muzycznych wyborów. Skąd mogła zacna Jola wiedzieć, że czytam biografię Steda i próbuję sobie odświeżyć tę atmosferę lat młodzieńczych, kiedy to chciało się tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko…
REKLAMA
Należę do pokolenia, które dojrzewało przy Stachurze. To jego ballady śpiewane przy tanim winie, torowały drogę młodzieńczym podrywom, to jego proza wymuszała zastanowienie się nad odwiecznym pytaniem : co jest ważniejsze-mieć, czy być? Stachura zza grobu zdawał się kształtować osobowości wielu młodych ludzi, uczulając na wrażliwość i okazując, że jesteśmy ważni. Wszak wszystko jest poezją, a każdy jest poetą. Ten tytuł zobowiązywał do przeżycia życia w sposób piękny. Nic więc dziwnego, że książkę Mariana Buchowskiego wywołała we mnie nostalgię za młodzieńczymi latami, ale też strach przed odkryciem, ile straciłem z moich młodzieńczych fascynacji.
Książka rozpoczyna naprawdę mocny wstęp. Hipotetyczna teza o agenturalnej przeszłości Barda, podparta negatywnymi wypowiedziami o jego twórczości. Krytycy Stachury nawet dziś zarzucali mu, że był właśnie Stachurą, człowiekiem, który w swej twórczości nie dostrzegał istnienia komuny, stawiając na pierwszym miejscu uczucia człowieka. Podmiotowość człowieka, jego uczuć i pragnień, ukazanie bogactwa życia wewnętrznego nawet najbardziej prostych ludzi, przegrywało w oczach wielu ludzi z walką o wielkie i szczytne ideały. Bogactwo uczuciowe człowieka zdaje się być mniej ważne niż solidarność, sprawiedliwość czy równość. Ten mocny wstęp praktycznie zniechęcił do dalszej lektury jednego z moich znajomych, do dziś zafascynowanego Stedem.
Po tym niezbyt przychylnym i mocny wstępie otrzymujemy właściwą biografię Edwarda Stachury, wierny, bo oparty o dokumenty i relacje przyjaciół Poety, zapis życia człowieka, który przez całe życie pragnął uczuciowego spełnienia, ale zmierzał ku autodestrukcji. Droga z dalekiej Francji na Kujawy Białe, gdzie ziemia żyzna i piachy niebywałe, rozpoczęte w Lublinie studia, pierwsze utwory, ciężkie studenckie życie i bezwzględna szulerka, której oddawał się nasz bohater po to, by zarobić na chleb, papierosy i herbatę z wódką. Słowem Stachura odarty z jedynie słusznej maski wrażliwego człowieka przechodzi na kartach książki w kogoś zwykłego, w kogoś, kto ma słabości, wady, nieznośnego w codziennym życiu, egocentryka stawiającego siebie na pierwszym miejscu i zazdrosnego nawet o sukcesy literackie własnej żony. Całość przedstawiona została w miarę bezstronnie, widać u Autora wyraźną sympatię wobec Poety, jednak ostateczna ocena pozostawiona jest czytelnikowi. Oczywiście czytelnik będzie musiał położyć na szalach opinie ludzi przychylnych i wrogich Stedowi i sam będzie musiał samodzielnie skonfrontować literacki obraz Poety z tą niezbyt poetycką rzeczywistością.
A ja przyznać muszę, że we mnie, mężczyźnie po czterdziestce, niewiele zostało z tych młodzieńczych fascynacji. Wprawdzie uśmiecham się na myśl o wyjściu na wrzosowisko, ale uważam, że na kanapie jest wygodniej..
