
Trzy historie, dwaj bohaterowie, nieobecni ojcowie, miłość, brak polotu, rozpoznania przyjaźni i niska samoocena. Każda z tych historii nadaje się jako treść odrębnej powieści. Mógł je połączyć tylko Lars Saabye Christensen.
REKLAMA
Któż z nas dzieciństwie nie doświadczył nieobecności ojca? Zadanie mężczyzny to zarabianie pieniędzy, rozrywką omawianie ważnych problemów. Taki tryb życia nie służy życiu rodzinnemu, nawet jeśli ojciec stara się być aktywny w swej rodzinnej roli. To właśnie stało się udziałem młodego Fundera, który pragnął być poetą. Wakacje Fundera miały być okazją do napisania pierwszego ważnego wiersza. Wakacje rządzą się jednak swoimi prawami, zwłaszcza jeśli wśród rówieśników jest się pariasem. Ktoś taki instynktownie szuka sobie podobnych, choć ich towarzystwa wcale nie pragnie. Podobny samotnik przypomina bowiem drugiemu jego własną małość, zdradza się go, choćby po to by zdobyć uznanie tych, którzy nim pogardzają.
Bohater drugiego opowiadania stał się pewnego dnia urzędnikiem miejskim. Z dnia na dzień zdobył pozycję podkreślającą, przynajmniej w swoim mniemaniu, swoje znaczenie. Utrzymaniu pracy polegającej na przekazywaniu złych wieści nasz bohater, Frank, gotów jest zrezygnować z życia osobistego. Zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo krucha jest jego pozycja. Frank z jednej strony pokornie przyjmuje wyrazy pogardy ze strony ważniejszych od siebie urzędników, z drugiej kreuje się wśród dawnych przyjaciół na kogoś w rodzaju VIP-a, wymuszając u nich niezgodne z prawem przysługi. Jedna z nich doprowadza do nieodwracalnej tragedii.
W prozie Christensena najciekawszy jest sposób w jaki Autor prezentuje swoich bohaterów. Nie sposób czuć do nich sympatii, niemożliwym jest też odczuwanie wyraźnej wrogości. Christensen pokazuje zwykłych ludzi, takich jakimi są właśnie. Ludzi, beznamiętnie oceniających własne życie i przyjmujących tragedie jako coś normalnego. Żal, wyrzuty sumienia to coś jakby obcego bohaterom książki. Nieszczęścia, śmierć to element życia, można się więc z nimi oswoić. Tylko czy to oswojenie nas nie odczłowiecza? Czy spokojnie przyjmując wyroki losu nie tracimy czegoś z dziecięcia, jakie w nas pozostało? Chyba na to pytanie trudno znaleźć odpowiedź nawet we własnym sercu.
