
1929, Karolina Północna. Przedsiębiorstwa metr po metrze wydzierają naturze lasy, metodycznie wycinając kolejne drzewa. A im bliższa jest wizja powstania parku, mającego ochronić przyrodę przed chciwością, tym szybciej przedsiębiorcy ścinają hektary drzew.
REKLAMA
George Pemberton jest jednym z nich. Nie po raz pierwszy słyszy o możliwości wywłaszczenia jego ziem pod teren parku narodowego. Jednak jest głuchy na wszelkie o tym pogłoski. W tym, by mieć w nosie ochronę natury, wspiera go świeżo poślubiona małżonka, która podsyca jego ambicje, snując przed nim obraz wielkiego i potężnego przedsiębiorstwa ścinającego drzewa w Brazylii.
Serena, tak bowiem zwie się nowa pani Pemberton, stawia sobie za cel nie tylko odległe lasy deszczowe. Otóż zamierza urodzić mężowi syna, prawowitego dziedzica firmy. Jej mąż ma już nieślubne dziecko, więc Serena chce, by prawowity dziedzic przysłonił jej mężowi pamięć o pierworodnym.
„Serena” Rona Rasha to powieść osadzona w surowej scenerii Karoliny Północnej lat trzydziestych ubiegłego wieku, zachwycająca wiernością opisów oddanej czasom i miejscu, a jednocześnie niepokojącej pozbawionego litości klimatu. Dziwnie współgra z bohaterami, szczególnie z tą tytułową, która choć dopiero poznaje ten świat, to zdaje się być zimniejsza, twardsza, lepiej przygotowana do życia niż pozostali.
Akcja powieści biegnie dwutorowo. Z jednej strony pokazywane jest życie obojga Pembertonów. Z drugiej losy matki dziecka Georga, Rachel, jej zmagania, by przeżyć w pojedynkę i uratować synka przed śmiercią. Oba wątki biegną równolegle, rozłączając się po pierwszych stronicach, by znów połączyć się, tym razem w równie dramatycznych okolicznościach aż do szokującego finału.
Główną zaletą książki są zdecydowanie bohaterowie. Wszyscy nakreśleni grubą kreską, oryginalni i niepowtarzalni. Zwłaszcza tytułowa Serena zasługuje na pochwałę. W świecie mężczyzn potrafi się wybić, twardą ręką sprawić, że jej pomysły są spełniane. A jednak mimo bezlitosnych działań wciąż jawi się czytelnikowi jako niepozorna istota. To między innymi dlatego ostatnia część powieści tak mocno zaskakuje.
To powieść nietuzinkowa, na długo zapadająca w pamięć. Na długo po zamknięciu książki zostają w głowie ostatnie rozdziały. Ta książka jest jak sama Serena – piękna, ale jednocześnie przerażająca. Nie dziwią zatem pochwały krytyków zza Oceanu porównujących „Serenę” do prozy Steinbecka i McCarthy’ego, które choć na wyrost, są po części uzasadnione.
Dobre jest również pióro Rona Rasha, które choć może nie rzuca na kolana, to jednak ma swój własny unikatowy styl. „Serena” jest jedną z pięciu książek Amerykanina, który bardziej znany jest z wierszy, publikowanych regularnie od końca zeszłego stulecia. Autor od lat nagradzany jest za kolejne powieści, a jednak na polski rynek wkroczył dopiero niedawno i to jedynie za sprawą – podobno miernej – ekranizacji z Jennifer Lawrence i Bradleyem Cooperem. Cóż, szkoda, że dopiero zapowiadana premiera filmowa, a nie nagrody literackie sprawiają, że powieść tłumaczona jest na nasz rodzimy język. Choć w przypadku Rona Rasha, dobrze, że w ogóle się pojawiła po polsku. Autora może nie wybitnego, ale ciekawego. Dlatego należy trzymać kciuki, by ktoś pomyślał o wydaniu kolejnych jego książek.
Marta Kraszewska
