
Shlomo Sanda chyba nikt nie lubi. Prawicowi syjoniści uważają, że jego książki podważają prawo narodu żydowskiego do własnego państwa, zagrażając tym samym Izraelowi. Radykalni przeciwnicy Izraela z kolei powołują się chętnie na książki Sanda, ale w ostatecznej rozgrywce potraktowaliby go dokładnie tak samo, jak innych mieszkańców tego miniaturowego państwa. Obie strony byłyby jednak zaskoczone, gdyby ktoś uświadomiłby im, jakie naprawdę wnioski wyciągają z książek Sanda.
REKLAMA
Pojęcie mitu założycielskiego przypisać można każdemu narodowi. W Polsce mamy Piasta Kołodzieja i myszy, które zjadły Popiela, Hermann Cherusk dał początek narodowi niemieckiemu, a Wercyngetoryks francuskiemu. Realność tychże postaci, czy kwestionowanie ich związku ze współczesnymi przedstawicielami tych narodów nie wzbudza dziś większych emocji. Ot, kolejne wystąpienie kogoś, kto sili się na oryginalność. Dlaczego więc, kiedy Sand zaczął kwestionować dwa mity założycielskie Izraela, wzbudziło to tak wielkie emocje w dwóch wrogich sobie obozach?
Emocje przeciwników Izraela łatwo wytłumaczyć. Oto otrzymują oni argumentację, która może potwierdzić słuszność ideologii. W ich oczach Sand jest tzw. uczciwym Żydem, który ośmiela się mówić prawdę. Pod tym względem postrzeganie Sanda przypomina stosunek ziemiaństwa do tzw. dworskich Żydów. Byli oni przydatni, ale to nie zmieniało faktu, iż byli Żydami. Emocje zwolenników Izraela również są zrozumiałe. Oto bowiem pojawia się ktoś, kto kwestionuje jedynie słuszne prawo ludu Izraela do tego jedynego miejsca pod słońcem, do Erec Israel, argumentując to w dość niekonwencjonalny sposób. Argumentacja prof. Sanda jest dość naciągana i można ją obalić, choćby przez analizę Starego Testamentu, czy wczesnośredniowiecznych pism. Jednakże nikt z jego przeciwników nawet się na to nie sili, używając argumentu – klucza kryjącego się w słowach „lewak” oraz „przyjaciel Hamasu”. I tak naprawdę nikt nie stara się zastanowić, co tak naprawdę Sand chciał swymi książkami osiągnąć.
Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Sand chce wywołać dyskusje na temat przyszłości państwa, którego bronił w czasie wojny sześciodniowej. Ironią losu jest fakt, iż wielu dzisiejszych krytyków Sanda, nie tylko nie broniła państwa Izrael, ale też często zamieszkuje poza jego granicami, późno uświadamiając sobie więź emocjonalną z tym piaszczystym kawałkiem globu. Ci ludzie roszczą sobie prawo do większej troski o przyszłość Izraela niż człowiek, który w nim mieszka. Odrzucają tym samym jakąkolwiek dyskusję, która mogła by ich odsunąć choćby o milimetr od tej ortodoksji właściwej neofitom. Sand nie ma więc z kim dyskutować, bowiem współczesnym Żydom obca jest już iście talmudyczna dyskusja, w której strony przeciwstawiając sobie różne, często pozornie bezsensowne argumenty dochodzą do wspólnych wniosków. Nie więc wśród współczesnych Żydów odpowiednich dyskutantów, uczestników debaty o przyszłości i zapobieżeniu nieuchronnej tragedii. Sam Sand w swoich marzeniach o dwunarodowym państwie nie musi oczywiście mieć monopolu na rację, ale jego postawa nie może być kwitowana żachnięciami czy etykietkami, zwłaszcza ze strony ludzi, którym na co dzień nie zagraża wojna i akty terroru. Krytycy Sanda wyciągając mu fakt, iż na jego książki powołują się często ekstremiści arabscy wpadają dodatkowo w pułapkę autocenzury. Skoro Żydom nie wolno krytykować Izraela, to znaczy, że Żydom wolno mniej niż jakiejkolwiek innej nacji, która ma prawo do krytyki własnego kraju. Paradoksalnie więc tzw. nowi syjoniści stają się spadkobiercami antysemitów, którzy również byli zwolennikami pozbawiania Żydów takich lub innych praw. Oczywiście intencje na pewno mają różne, ale skutek pozostaje ten sam.
Na koniec dodam, że zarówno wielu krytyków Izraela powołujących się na Sanda nie czytało jego książek, lub też do końca ich nie zrozumieli. A na to żadna książka nie zasługuje, zwłaszcza ta, która dotyka codziennych problemów ludzi żyjących w ciągłym strachu o własne życie.
