
Kilka miesięcy po tym, gdy rodzina pochowała Rossa Poldarka, ten nieoczekiwanie dla wszystkich wraca do domu. Po krwawej wojnie w Ameryce Kornwalia miała być dla niego miłym wytchnieniem, okazuje się jednak gwoździem do trumny – ojciec zmarł zaledwie kilka miesięcy przed jego powrotem, ukochana zaręczyła się z jego kuzynem, świetnie prosperujący majątek stoi na granicy bankructwa, zaś rodzinny dom to w zasadzie rozpadająca się ruina.
REKLAMA
Bohater ma zatem od początku pod górkę. Niejedna postać na jego miejscu wyjechałaby z rodzinnych stron lub przynajmniej załamałaby się, siedząc samotnie w domu przy akompaniamencie spadających odłamków z sufitu. Ale nie Ross Poldark. Protagonista, który pod pewnymi względami przypomina pozytywistę, wziął się do odbudowywania majątku, stwierdziwszy, że może i ukochanej nie zdobędzie, ale za to przysłuży się lokalnej społeczności. I tak sobie egzystuje wypełniając swoje życie pracą, zaś po drodze los ześle mu Demelzę – ubogie dziewczę, które Poldark w przypływie współczucia przygarnia pod swój dach.
„Ross Poldark” to pierwsza część sagi opowiadającej o rodzie Poldarków, żyjącym sobie mniej lub bardziej spokojnie w XVIII-wiecznej Kornwalii. Trzeba dodać, że sagi kultowej – seria licząca sobie około 70 lat dorobiła się już świetnie odegranych ekranizacji . Na pierwszej z 1975 roku wychowało się całe pokolenie Brytyjczyków, druga – z genialnie dobranym Aidanem Turnerem do tytułowej roli – rok temu miała premierę w Wielkiej Brytanii, zaś polscy widzowie od kilku tygodni mogą ją oglądać na ekranach swych telewizorów.
Co prawda zarówno sadze książkowej, jak i ekranizacjom daleko do wielkiej literatury – sugeruje to już okładka, która jakby na nią nie spojrzeć, przypomina te, które reklamują harlequiny. Ale to historia, która wciąga. Od pierwszych słów przenosi odbiorcę wprost do XVIII-wiecznej Kornwalii – efekt wzmacniają szczególiki, o które autor się postarał. Choćby opisy zabiegów lekarskich – które przekazywane w sposób wskazujący, że to nic wielkiego – mogą niejednemu czytelnikowi zmrozić krew w żyłach.
I co ciekawe – to powieść, którą czyta się szybko, kibicując bohaterom, choć ich samych trudno czytelnikowi polubić. Rzadko można spotkać w sadze rodzinnej tak antypatyczne postaci – może i Ross Poldark robi wiele dobrego, ale to nie wymazuje wiele czynów będących moralnie niejednoznacznych. Może i Demelza to takie miłe dziewczę, ale charakterek pozostawia wiele do życzenia. To w sumie odświeżające - mieć do czynienia z samymi średnio przyjemnymi postaciami, które – co ważne – na szczęście zdają sobie sprawę z tego, że może postąpili nie tak jak trzeba.
„Ross Poldark” to takie czytadło, ale za to jak wciągające. Prowincja, gdzie pod spokojną powierzchnią buzują silne emocje i konflikt ciągle wisi w powietrzu, zakazane uczucia, nieco brutalna rzeczywistość i trójkąt miłosny – to wszystko już gdzieś było, ale Winston Graham potrafił przedstawić to w odświeżający sposób. Nuda nie spotka nikogo, kto sięgnie po tę sagę. I tylko szkoda, że tak szybko się kończy. Na szczęście tom drugi już w maju, a w międzyczasie czekając na kontynuację, można zerknąć na serial.
Marta Kraszewska
