Christoph Marzi
Heaven. Miasto elfów
Christoph Marzi Heaven. Miasto elfów Wydawnictwo Muza

David każdego dnia przemierza Londyn, skacząc po dachach. Pewnej nocy na jednym z nich spotyka tajemniczą dziewczynę, która prosi go o ratunek. Ponoć ktoś właśnie zabrał jej serce. Zaskoczony chłopak po dłuższych wahaniach postanawia jej pomóc i to rozpoczyna ich pełną niebezpieczeństw przygodę.

REKLAMA
A przynajmniej tak wynika z opisu. W praktyce bowiem autor zanudza czytelnika nic niewnoszącymi opisami, które przetyka nielicznymi scenami akcji – a gdy jakaś scena zaczyna się robić ciekawa i ożywia fabułę, Christoph Marzi jak najszybciej może wraca do głupich pogaduszek między Heaven a Davidem lub – co jeszcze gorsze – pozwala Davidowi rozmyślać.
Jednak sam pomysł jest ciekawy. Ileż bowiem razy można było się spotkać ze złodziejami serc?
Do tego te pojawiające się licznie zdania w rodzaju „wyjął jej serce, wstała i uciekła”. Schemat „zabili go i uciekł” daje książce powiew świeżości, z miejsca sprawia, że czytana powieść powinna być ciekawa, a przynajmniej ciekawsza od innych pozycji z gatunku urban fantasy. Tyle, że nie jest. „Heaven. Miasto elfów” to świetny pomysł położony beznadziejną fabułą.
I bohaterami. Czytając nie da się oprzeć wrażeniu, że bohaterowie to dzieci w wieku dziesięciu, może jedenastu lat, tymczasem, jak podaje autor Heaven i David rozpoczęli już osiemnasty rok życia. Tyle że z ich zachowania to nie wynika. Są infantylni, nie radzą sobie z przewidywaniem skutków swoich działań. Choćby David, który ucieka z domu, nie umiejąc zmienić sytuacji w rodzinie, a potem dziwiący się, że jego siostra nie chce mieć z nim do czynienia. O miłości – taki temat też obowiązkowo musiał się pojawić, wszak Marzi nie po to wstawił do powieści dwójkę bohaterów, by zrezygnować z tego wątku – rozmawiają z emfazą kilkulatków.
I to kolejny problem tej powieści – dialogi. Rzecz bez której w sumie można by się obyć, ale jednak gdy już się pojawi, to stanowi ważny element. Marzi pisać ich nie umie, wychodzą mu w sposób drętwy, niemrawo popychają akcję do przodu, ale że się na nie autor uparł, to cóż zrobić. Czytelnik skazany jest na rozmowy, z których niewiele wynika, na zapychacze stron, ale i na sztucznie brzmiące formułki wygłaszane przez bohaterów pojawiające się praktycznie wszędzie. Może jedna lub dwie rozmowy wyglądają na naturalne, poza tym czarna rozpacz.
Jakby tego było mało, problematyczne jest także zakończenie. W przeciwieństwie do wyjściowego pomysłu – kradzież serca, a dziewczyna nadal żyje – napisane zostało wręcz na siłę. Christoph Marzi ponapychał do ostatnich rozdziałów, to co miało pewnie docelowo pojawić się wcześniej – no ale bardziej potrzebne powieści były najwidoczniej dialogi i wątek romantyczny pomiędzy bohaterami, dlatego to co najważniejsze, znalazło się na końcu. Tyle że połączenie wymyślonego na chybcika zakończenia – chyba nie tego oczekiwał, ale to mu wyszło ostatecznie – i pośpiesznego wyjaśnienia czytelnikom wszystkich zasad i tajemnic związanych z fabułą, nie wyszło najlepiej. Mniej cierpliwi już dawno odłożyli na bok „Heaven. Miasto elfów”, które uparło się, by jak najmniej zdradzać swoich tajemnic, nawet jeżeli miałoby to oznaczać szkodę dla powieści, irytację odbiorców i błądzenie po omacku bohaterów aż do samego końca – co w pewnym momencie przestaje być intrygujące, a zaczyna zwyczajnie denerwować.
Wdzięcznym można być autorowi chyba tylko za podejście, jakie ma względem literatury i Londynu. Miło, gdy zewsząd pojawiają się aluzje do powieści Dickensa – nazwiska czy poszczególne wątki nawiązują, całkiem zgrabnie zresztą, do kolejnych jego dzieł – m.in. do „Olivera Twista” czy „Opowieści wigilijnej”. Z kolei do Londynu można się wręcz przenieść, z takim uczuciem i plastycznością odmalował Marzi stolicę Wielkiej Brytanii. Ładnie też oddał baśniowy klimat – do niego bliżej „Heaven. Miastu elfów” niźli do urban fantasy, jednakże na tym można skończyć wymieniać pochwały, bo reszta leży.
Szkoda, bo powieść zapowiadała się dobrze, jednak sam pomysł nie wystarczy, by napisać porządną książkę. Przed Christophem Marzi wiele jeszcze pracy – i porządnej współpracy ze swoim redaktorem, by poprawić warsztat pisarski. Może kiedyś coś z niego będzie i któraś powieść okaże się dobra, jednak na razie, nie ma za bardzo po co sięgać.
Marta Kraszewska

Czy chcesz dostawać info o nowych wpisach?